26.07.2017
<< wstecz
 

Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

 
 

GDZIE  JEST  GENERAŁ ?

 
 
   
 
 

Litografia Bornemanna wyk. w Paryżu wg pastelowego portretu Tytusa Maleszewskiego (1827-1898) MNK

 
 
 

Uliczka biegła pod górę wprost ku szerokiej bramie, której słupy podtrzymywały dwa rozłożyste drzewa. Wślizgiwała się odważnie w okazałą aleję przepięknych, egzotycznych drzew, kończącej się u stóp rozległego gazonu, przed przysadzistym, bielejącym w słońcu dworkiem. Okna tego ładnego, harmonijnie zaprojektowanego budynku, wychodziły wprost na obszerny, otoczony wspaniałymi okazami starodrzewu, dziedziniec. Ten zaś, znakomicie dobrany gatunkami mienił się feerią barw tak przemyślnie zgranych, iż zdawało się, że całość założenia baśniową jakby była. Różnorodne gatunki drzew i krzewów, ich różnolistność i koloryt sprawiały, że dworek stanowił w tym założeniu element odrębny, ale jakże współgrający z otoczeniem. Owe wspaniałe drzewa w jakiś fantastyczny sposób okalały go akcentując tym samym jego tu nadrzędność. Nadrzędność, ale jakże symbiotyczną…
W przedłużeniu osi uliczki, z prawej strony dworku na wyniesionym nieco nad otaczający teren gazonie, wznosił się spiżowy pomnik rycerza wspartego na mieczu. Zatopiony w morzu zieleni i wielobarwnych kwiatach cokół, skrywał wyrazisty napis składający się z okazałych, metalowych liter: Kazimierz Pułaski. Pomnikowa postać patrzyła wprost, ku jakiejś nieokreślonej dali łączącej to właśnie miejsce z jakże odległym amerykańskim kontynentem. Jaka to więc nić łączyła podwareckie  Winary  z ową jakże daleką ziemią? Jakaż to klamra spinała ten właśnie skrawek Europy z Ameryką?
O Pułaskim pisano już wiele. Oceny tej postaci bywały i są różne, niekiedy nawet krańcowo. Jedni widzieli w nim typowego w owych czasach szlachetkę, co to  „i do szabli i do bitki…”, inni zaś wielkiego patriotę, orędownika walk o wolność i niepodległość na dwóch kontynentach. Jeszcze inni zaś jednego i drugiego…
Nie da się ukryć, że był synem epoki w której przyszło mu żyć. Stało się to jednak za sprawą kolejnych zrywów i walk niepodległościowych. Mit narodowy jaki wówczas się tworzył, nie zajmował się sprawdzaniem czy weryfikacją faktów historycznych, bowiem za sprawą zresztą między innymi  historyków, traktowano je drugoplanowo. Pułaski zawarł więc w sobie spuściznę polskiej tradycji narodowej i przywiązania do ojczyzny, także warcholstwa i braku subordynacji. Patriotyzmu i…braku odpowiedzialności.
Z upływem czasu jednak, z owego galimatiasu sprzecznych o nim informacji, poczęła się wyłaniać postać człowieka, który miotany przeciwnościami losu i cech charakteru, wplątany w zawieruchy współczesnych mu okoliczności, stawał się wzorcem patriotyzmu, niezłomnym bojownikiem o wolność i niepodległość.
Urodził się 6 marca 1745 roku w Warszawie, jako syn Józefa i Marianny z Zielińskich. Urodził się i… no właśnie. O jego narodzinach, życiu, walce i perypetiach napisano już wiele. Różni badacze dość precyzyjnie skonstruowali jego biografię i nie ma w niej większych tajemnic poza tymi, które dotyczą narodzenia i… śmierci. Tu rozpoczynają się wszystkie kłopoty.
Mimo iż wszystkie wcześniejsze źródła jako miejsce urodzenia podają Warkę, za datę zaś dzień 4.03.1747 roku, to prowadzone w latach 1996 - 1997 przez ks. dr Stanisława Makarewicza badania wykazały, że Pułaski urodził się w dniu 6 marca 1745 roku w domu rodzinnym w Warszawie przy ulicy Nowy Świat, usytuowanym u zbiegu z ulicą Warecką. Tam bowiem Pułascy posiadali dwór, bowiem Józef Pułaski prowadził ożywioną działalność polityczną. Urodzenie Kazimierza w Warszawie w niczym nie umniejsza jego związków z Warką, gdzie spędził przecież wiele lat.
Powodem tych przeinaczeń są zachowane cztery metryki chrztu Kazimierza (chrztu właściwego i uroczystego oraz same metryki powtórzone w księdze podającej czystopisy), ujawnione przez badacza w Archiwum parafii Św. Krzyża w Warszawie.. Żaden z zachowanych dokumentów z XVII wieku nie mówi o urodzeniu się Kazimierza w Warce. Również żadne z kilkorga rodzeństwa Kazimierza nie urodziło się w tym mieście. Dzieci Pułaskich rodziły się w Warszawie i w zapilickim Grabowie. Kazimierz Pułaski miał trzech braci: Franciszka, Antoniego i Macieja oraz siedem sióstr. Annę (była zakonnicą, kanoniczką w Warszawie), Józefę zamężną za Marcinem Sławoszewskim konfederatem barskim, Joannę zamężną za Atanazym Walewskim szambelanem królewskim, zamieszkałą w Grabowie, Paulinę  zamężną za Antonim Suffczyńskim również konfederatem barskim i Małgorzatę zamężną za Adamem Skilskim, także konfederatem barskim, późniejszym generałem wojsk koronnych, Monikę o której nic zgoła nie wiadomo i Wiktorię zmarłą w Warszawie 7.12.1755 roku w wieku 19 lat.
Grobu matki nie odnaleziono. Przypuszcza się, że zmarła prawdopodobnie w Warce. Nie ustalono jednak gdzie. W księgach parafialnych Warki nie ma o tym żadnego wpisu. Wydaje się jednak, że Warka nie jest miejscem jej pochówku, bowiem w roku 1769 spalono dwór w Winiarach a ona sama ratowała się ucieczką w przebraniu Żydówki.
Jakby zamieszania wokół daty urodzenia Kazimierza było mało, pojawił się kolejny problem, bowiem do roli odkrywców prawdziwej (?) metryki Kazimierza Pułaskiego pretenduje również … Władysław Rudziński, potomek jednego z rodziców chrzestnych Pułaskiego, który już w roku 1987 podczas kwerendy w parafii Św. Krzyża ujawnił w księdze urodzin zapis z dnia 14.03.1745 roku mówiący o dokonaniu aktu chrztu w dniu 6.03.1745 roku dziecka płci męskiej, syna Józefa i Marianny, któremu to wówczas nadano imiona: Kazimierz Michał Władysław Wiktor. Ceremonię celebrował wówczas ksiądz Krzysztof Faltz ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Rodzicami zaś chrzestnymi byli: wojewoda mazowiecki Stanisław Poniatowski z księżną Zofią Czartoryską z Sieniawskich i Kazimierz Rudziński, kasztelan czerski z księżną Eleonorą Czartoryską, podkanclerzyną litewską. I bądź tu mądry…
Przeprowadzone badania ustaliły, że odnaleziona przez Władysława Rudzińskiego metryka zawiera prawdziwą datę urodzenia, czyli 6 marca 1745 rok, ale wspomniany wyżej ks. dr Stanisław Makarewicz, wykładowca KUL-u i Wyższego Seminarium Duchownego oraz Muzeum Diecezjalnego  w Radomiu odnalazł przecież… cztery metryki Pułaskiego!
Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, iż Kazimierz  zapowiadał się jako chorowite dziecko, w związku z czym był prawdopodobnie chrzczony dwa razy. Najpierw ochrzczono go „z wody”, a nieco później powtórzono sakrament i ceremonię.
Można by już tę historię zakończyć, jako że sprawa urodzin wydaje się zakończoną. Można ale…
Dotychczas eksponowane w Muzeum im. Pułaskiego w Warce dokumenty, na których oparł się znany historyk Władysław Konopczyński, były prawdopodobnie jakimś późniejszym podsumowaniem spisanym przez miejscowego proboszcza wareckiego danych, przekazanych przez matkę Pułaskiego, której z racji jej wieku i ilości potomstwa, prawdopodobnie pomyliły się właściwe daty. W roku 1747 urodził się bowiem najmłodszy brat Kazimierza, Maciej. Rok 1743 był rokiem urodzenia najstarszego brata, Franciszka. Warecki proboszcz zapisywał te dane zapewne po to, aby splendoru dodać miasteczku, nie czyniąc jednak fałszerstwa (?!). Po prostu zapisywał zeznania, nie zdając sobie sprawy, że po latach sprawa tak się zagmatwa! Zresztą, niby dlaczego zapisywał fakt urodzenia kogoś urodzonego nie w parafii w której urzędował i dlaczego nie zdawał sobie sprawy? Przecież jako duchowny i urzędnik stanu cywilnego świadomy był obowiązujących w takich sprawach przepisów. Ano właśnie… Może sporządzający ten dokument ks. Grzegorz Zambrzycki miał w tym jakiś cel…? Metryka ta uznawana za autentyczną spowodowała wiele zamieszania.
Odnaleziona przez Władysława Rudzińskiego metryka zawierająca prawdziwą datę i miejsce urodzenia, jest jedną z wyżej wspomnianych czterech metryk (?!)
Otóż metryka pierwsza została spisana natychmiast po urodzeniu Kazimierza, zaś metryka II ( ta ujawniona przez Władysława Rudzińskiego) jest jej czystopisem. Obie mówią o tym, że narodzone dziecko było chore, dlatego też chrztu dokonano w domu Pułaskich w Warszawie, co prawda bez ceremonii liturgicznych i jak się to określa „z wody”, z uwagi na sytuację. Zapis w metryce, że nie było ceremonii dawał możliwość jej powtórzenia w przypadku gdyby dziecko przeżyło i tak też się stało. Nastąpiło to w osiem dni później, co stwierdzają metryki nr III i IV, z których metryka III jest tekstem z raptularza a metryka IV - czystopisem, jak w przypadku dwóch pierwszych.
Tak więc dokonania dwóch badaczy poniekąd sprawę tę wyjaśniły, ale zagadką pozostaje fakt, iż mimo wielu lat badań nad losami Kazimierza i to prowadzonych przez wielu ludzi, w tym również naukowców ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, przez wiele lat nie zweryfikowano podstawowych dat i okoliczności, w tym miejsca i daty urodzenia Pułaskiego.
Mimo że Warszawa była miejscem urodzenia Kazimierza, nie zmienia to faktu, iż Winiary były gniazdem rodowym. Wniosła je w posagu Józefowi Pułaskiemu jego żona Marianna z Zielińskich, on sam był bowiem starostą wareckim. W ten sposób Warka związała się  z Pułaskimi.
Tak więc wydaje się, że ostatnie badania definitywnie sprawę zakończyły. Być może, ale tylko w kwestii urodzenia, natomiast kłopoty pojawiają się wraz ze śmiercią bohatera. Ta pozornie prosta sprawa do dziś nie została rozwiązana, poza tym oczywiście, że sam zgon Pułaskiego nie budzi wątpliwości. Zagadką pozostaje natomiast to, gdzie Pułaski został pochowany.
Istnieją obecnie trzy wersje dotyczące tego wydarzenia. Oto pierwsza.
Jest ona najpowszechniejszą, przyjętą przez historyków amerykańskich, również wielu polskich. Mówi ona, że Kazimierz Pułaski ciężko ranny w dniu 9.10.1779 roku w bitwie pod Savannach, został dowieziony na pokład amerykańskiego brygu „Vasp”, na którym to miał być przetransportowany do szpitala w Charleston. Pułaskiego przyjęto na pokład w dniu 11.10.1979 roku, gdzie prawdopodobnie jeszcze w tym samym dniu zmarł. Zgon spowodowały rozległe obrażenia powodujące zgorzel (gangrenę). Ze względu na szybko postępujący rozkład zwłok generała, „ciało jego oddano morzu” w okolicach Wyspy Św. Heleny. Potwierdza to wydarzenie pisemna relacja kapitana Pawła Bartalou zamieszczona w broszurze pt. „Obrona Pułaskiego”, wydana w 1826 roku. Bartalou był oficerem służącym w legionie Pułaskiego  i pozostawał pod jego urokiem. Napisał, że „był zmuszony, choć z bólem serca, złożyć do wodnego grobu szczątki swego ukochanego wodza” .
Wydarzenie to potwierdził również w dniu 7.01.1854 roku wnuk doktora Jakuba Lyncha, pisząc o tym w liście do redakcji „New York Times”. Doktor bowiem opiekował się rannym Pułaskim na pokładzie brygu. W liście tym Lynch relacjonuje, że „ciało Pułaskiego pochowano w morzu” . Dodać należy, że poza tymi źródłami, nieznane są jakiekolwiek inne traktujące o tego rodzaju pochówku Pułaskiego. Brak jest nawet relacji marynarzy okrętu, którzy musieli być świadkami tego niecodziennego przecież wydarzenia. Co więc spowodowało, że nikt nic nie mówił? A może nie mógł?.…
Miejscowa gazeta „South Carolina and American General Gazette” poinformowała czytelników w dniu 19.10.1779 roku, że „generał Pułaski zmarł ranny na morzu podczas drogi powrotnej z Georgii”. W informacji tej brakowało nawet tego gdzie, kiedy i jak pochowano Pułaskiego. Sprawiono mu co prawda nieco później uroczysty, aczkolwiek jedynie symboliczny pogrzeb w Charleston. Wydarzenie to opisał później wspomniany już kapitan Bartalou. Jednak niesiona wówczas trumna była pusta…
Następna wersja - już druga -  potwierdza poniekąd, że Pułaski zmarł na okręcie płynącym z Savannach do Charlesston z tym jednak, że utrzymuje się, iż ciało zmarłego generała przetransportowano łodzią na Wyspę Św. Heleny, położoną w odległości około 50 mil na północ od Savannach. Tam zwłoki Pułaskiego pochowano rzekomo pod dużym drzewem, nie precyzując jednak, gdzie to duże drzewo rosło. Generała prawdopodobnie pochować miał jego przyjaciel, konfederat barski, porucznik Karol Litomski, który w legionach Pułaskiego służył. W podobny sposób opisuje to wydarzenie niejaki Lossing w „Field Book of the Revolution”.
Rzecznikiem tej wersji pochówku  był Beniamim Bolfinch, kapitan brygu „Vasp”. Ujawniony przez niego raport powiada, że ciało Pułaskiego zostało odstawione na brzeg i pochowane na pobliskiej farmie Greenwich przez jej właścicielkę Jane Bowen. Wiele lat potem wspomniany wyżej kapitan, wierny rzecznik sprawy Pułaskiego zorganizował komitet budowy pomnika generała.
Obie powyższe wersje pochówku Pułaskiego są jakby niedostateczne mim, iż wówczas dysponowano dość dobrze zorganizowanym aparatem informacyjnym. Cóż więc powodowało, że pochówek osoby - bądź co bądź -  nie tuzinkowej przecież, potraktowano tak nieprecyzyjnie? Nie sądzę bowiem by zwłoki tak znanej osoby jaką był Pułaski przekazano morzu, które w rejonie Południowej Karoliny aż roi się od rekinów. Nie przekonuje mnie również pośpieszny pogrzeb generała w tajemnicy jakby, na porosłej dębami wyspie „pod dużym drzewem”. Przecież mniej znacznym  ludziom fundowano choćby drewnianą tabliczkę, dlaczego więc nie Pułaskiemu? Jednak historycy amerykańscy za bardziej wiarygodną uznali ową relację kapitana Bartalou, dlaczego?
Ostatnią wersją pochówku Pułaskiego jest zdarzenie, które by może miejsca nie miało, gdyby nie potrzeba pokrzepienia serc i podniesienia nimbu świętości Pułaskiego, jako obywatelskiego wzoru cnót i zasad.
Otóż w roku 1853 podjęta została w Savannach decyzja o budowie pomnika Pułaskiego. Kamieniem węgielnym miały być kości bohatera, których pośpiesznie poszukiwano. Uczepiono się więc wersji, że generał zmarł na farmie w Greenwich pod Savannach, gdzie został ciężko już ranny przetransportowany. Tam podobno, jak w wersji drugiej, został pochowany w sadzie pod drzewem, niedaleko domu właściciela. Przypuszczać należy, że to tylko miejscowa legenda, przysparzająca splendoru rodzinie właściciela farmy i podtrzymująca opinię, iż ciało generała na amerykańskiej, poświęconej spoczęło ziemi. Ta jednak legenda sprawiła, że znalazły się kości niezbędne do poświęcenia i uświetnienia potrzebnej narodowi ceremonii.
Przyznać należy, że w owym sadzie faktycznie jakiś grób istniał, może nawet Polaka legionisty. Otwarto więc mogiłę i znaleziono tam dość dobrze zachowany szkielet młodego mężczyzny średniego wzrostu. Po jego wydobyciu i badaniach medycznych uznano, że porównując litograficzny portret Pułaskiego z kształtem wydobytej z grobu czaszki, istnieje duże prawdopodobieństwo rysów. To wystarczyło aby złożyć szczątki do metalowej skrzynki. Złożono tam również pergamin na którym opisano okoliczności wydobycia zwłok oraz opinię kolegium medycznego. Kolegium to, przyznać trzeba, podeszło do sprawy dość ostrożnie i napisało, że skrzynka zawiera „przypuszczalne prochy generała brygady Kazimierza Pułaskiego”. Wynika z tego, że szczątki te, a zwłaszcza ich tożsamość, już wówczas budziły poważne wątpliwości. Mimo to, w dniu 11.11.1853 roku skrzynkę tę wmurowano w cokół, na którym miał stanąć nieco później dziękczynny pomnik kolumna.
W roku 1996 podjęto decyzję o remoncie pomnika wzniesionego w 1853 roku, pod którym złożono niegdyś owe kontrowersyjne szczątki ludzkie. W październiku tego roku pomnik zdemontowano. W fundamentach cokołu odnaleziono dwa pojemniki. W jednym były szczątki dokumentów oraz wota, w drugim zaś którym była metalowa skrzynka, znajdowały się ludzkie kości. Podjęto więc działania zmierzające do odnalezienia  szczątków krewnych Pułaskiego w Polsce, aby porównać ich materiał genetyczny, dla sprawdzenia autentyczności szczątków ze skrzynki.
W dniu 22. 09.1998 roku na cmentarzu we wsi Promna w grójeckim (dziś powiat Białobrzegi) , dokonano ekshumacji szczątków Teresy Witowskiej, krewnej w linii prostej Pułaskiego. Przewieziono do USA kilka zębów ww. aby porównać je z materiałem wyjętym z cokołu pomnika. Były wielkie ceremonie, msze, powitania, pożegnania i …nadzieje. Igrzyska wręcz…
W marcu 1999 roku pracownicy Uniwersytetu w Karolinie Północnej pod kierunkiem dr Barns stanowczo odrzucili tezę dotyczącą pokrewieństwa szczątków Teresy Witkowskiej ze szczątkami odkrytymi pod pomnikiem. Wyniki testów były negatywne!
Sprawa ta jednak nabrała rozgłosu. Znaleźli się tacy, którzy za wszelką cenę chcą rzecz całą wyjaśnić. Otóż ukraiński historyk Walery Skopytkin, odnalazł niedawno w miejscowości Sławuta na Ukrainie, grób Antoniego Pułaskiego, brata naszego bohatera. Pobrano organiczne próbki z grobu, przekazując je do dalszych badań. Co z tego wyniknie? Ano, zobaczymy…
Nie sprawdziła się więc jak na razie hipoteza, że w Savannach pochowano szczątki Kazimierza Pułaskiego.
Gdzie więc jest generał?
  Po ponad stuletniej analizie zdarzeń, relacji, legend i różnego rodzaju opowieści, badacze są dziś skłonni do wydania opinii, że na farmie w Greenwich zmarł i został tam pochowany być może inny żołnierz Pułaskiego. Analizując stwierdzone przez medyków anatomiczne podobieństwo rysów przypuszczają, że pochowany tam został kapitan Zieliński, kuzyn Pułaskiego, żołnierz jego legionów. Został on śmiertelnie ranny również pod Savannach, ale nieco wcześniej, bo w dniu 25.09.1779 roku, podczas potyczki z  Anglikami na przedpolach miasta.
Kończąc te rozważania na temat autentyczności wersji czy też szczątków dotyczących Pułaskiego przyznaję, że żadna z wyżej przedstawionych wersji do mnie nie przemawia. Za dużo tu zagadek, jakiegoś pośpiechu, wręcz nieudacznictwa a nawet braku odpowiedzialności. Zakładając nawet tempo walk, teatr wojny, pośpiech i brak osób kompetentnych uważam, że sprawę pochówku generała Pułaskiego Amerykanie po prostu pokpili . Aby szukać winnego, którym mógłby się okazać ktoś bardzo znaczący, tak pokierowano sprawą, że winny niedopełnienia tego obowiązku, do dziś pozostaje nieznanym. Łatwiej więc było przyjąć jakąkolwiek wersję a pierwsza jest tak bardzo ceremonialna i żołnierska…
No to gdzie  jest generał?
  Pułaski już za życia był legendą a legenda ta coraz bardziej utrwalała jego wizerunek wśród jemu współczesnych, następnie potomnych, obrastając kolejnymi tajemnicami.
Jakby mało było niedomówień w sprawie pochówku generała, warto prześledzić sprawę jego testamentu. Kto wie, czy historia ta nie jest bardziej pasjonującą od poprzedniej.
Źródła historyczne milczą o tej sprawie, bowiem jest ona w pewnym sensie „wstydliwą”. Zmieniające się czasy, ideologie i ustroje, bardziej absorbowały ludzi, niż grzebanie się w jakichś bliżej nie sprecyzowanych sprawach, do których i trudno dotrzeć, zachodu wiele a korzyści przewidzieć nie sposób.
Szperacze historii to jednak tacy ludzie, dla których właśnie odgrzebywanie zakurzonych spraw jest poniekąd detektywistyczną pasją i nie o korzyści tu chodzi. Celem nadrzędnym jaki im przyświeca, jest pokazanie bohatera jako człowieka a nie idola, ze wszystkimi jego słabościami i przywarami. Dopiero ocena całości jego cech, poczynań, przedsięwzięć i działań, pozwoli na obiektywne określenie jego postaci.
Pułaski był  - i jest - postacią niezwykle kontrowersyjną. Spadkobierca szlacheckiej tradycji, sobiepaństwa i „złotej wolności szlacheckiej”, został również wychowany w duchu poszanowania ojczyzny i wielkiego patriotyzmu. To nie są wielkie słowa. Tak po prostu wychowywano wówczas młodzież. Szlachta, mimo wielu wad miała i tę zaletę, że obowiązek służby dla ojczyzny traktowała niezwykle serio, wręcz nadgorliwie. I był to święty obowiązek…
Pułaski walcząc gdzie się da w obronie „waszej i naszej”, zmuszony do emigracji, w głodzie i chłodzie, na wozie i pod nim, był przecież synem epoki w której wzrastał. Był również człowiekiem dla którego sprawa egzystencji i życia w społeczeństwie, równie ważny miała wymiar. Jak każdy więc dbał o swoje interesy, na przyszłość również.
Miał więc Kazimierz przyjaciela, niejakiego Kazimierza Stanisława Kozłowskiego. Mimo wielkiej przyjaźni, braterstwa prawie i nierozłączności, o tym drugim nic zgoła nie wiadomo. Byli jednak przyjaciółmi i towarzyszami broni. Jako oficerowie służyli w jednym pułku. Ta wielka przyjaźń właśnie spowodowała, że mieli do siebie nieograniczone zaufanie i mogli na sobie polegać. Nic dziwnego więc, że badacze ujawnili w waszyngtońskim archiwum niezwykły dokument. Okazał się nim testament sporządzony przez Pułaskiego i Kozłowskiego. Treść tego dokumentu jest niezwykle zagadkową. Zagadkowy jest również czas i miejsce sporządzenia tego legatu. Brzmi on:
„My bracia wyjeżdżając z naszym Naczelnikiem siły zbrojnej Kościuszko Tadeuszem do Ameryki - zawieramy przy pomocy Boga następujący, aktualny między sobą testamentalny kontrakt. Zawsze chcemy być razem - o ile będzie możebnym - i zawsze być, z wiedzą bliscy sobie. Gdyby w razie który z nas był chory, ranny, w niewolę zabrany lub innem nieszczęściu, to drugi brat ma mieć o nim troskę we wszystkich potrzebach, ratować i opiekować się jego osobą, jako i całym mieniem – rynsztunkiem - papierami - zbrojami - i całem tem co posiada brat. Majątek ruchomy i nieruchomy - gdyby który z nas umarł, czy to śmiercią naturalną lub z odebranych ran na polu bitwy - lub w niewoli skończył życie, pozostały brat ma mieć troski i starania o nim, co będzie wiedział za potrzebne i możebne zrobić i wchodzi w prawa zmarłego brata, zabiera po nim wszelkie papiery, zbroje, rynsztunki, wojskowe konie i jakiby majątek posiadał i pozostawał ruchomy i nieruchomy po zmarłym za swoją własność i własnego rozporządzenia takowym, zgodnie przyrzekając nawzajem uroczyście co do joty aktualnie święcie wykonać”
Testament ten został sporządzony na trzy lata przed śmiercią Pułaskiego, tzn. w 1776 roku u niejakiego Augustyna Bogarki podprefekta, dowódcy straży naczelnej siły zbrojnej w powiecie brzesko - kujawskim. Nazwano go „aktem testamentowym”.
I tu właśnie zaczyna się problem. W tym bowiem roku Pułaski był osadzony w marsylskim więzieniu i nie miał możliwości przebywania w kraju, bowiem za udział w porwaniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, został skazany na karę śmierci. Jako banita nie miał szans na  powrót do Polski.
Sprawa ta jest niezwykle ciekawą, bowiem w owych czasach targnięcie się na królewski majestat, było zbrodnią. Króla porwano 3.11.1771 roku. Było o tym głośno w całej Europie! Konfederaci barscy w tym Kazimierz Pułaski, polecili porwać króla „żywego lub martwego”. Zamach przygotował rotmistrz Strawiński, któremu na polecenie Pułaskiego zorganizowano ludzi i środek transportu. Celem porwania było „dostarczenie” króla do Częstochowy, gdzie organizatorzy konfederacji mieli ogłosić, że stanął on na ich czele, co mogłoby zmienić bieg wydarzeń.
Po akcie porwania, oddział porywaczy któremu dowodził kozak Kuźma, zabłądził wraz z królem w lasach Żoliborza . Krążąc wśród wertepów stracili orientację. Koń królewski przewrócił się powodując upadek monarchy i dotkliwe potłuczenie. Żołnierze doradzali Kuźmie by króla zabić. Ten wahał się, by w końcu poddać się królowi.
Proces zamachowców trwał prawie dwa lata. Pułaski dostarczył do sądu list, w którym prosił o obrońcę z urzędu. Pisał w nim, „że nikomu nie zlecał ani nie rozkazywał”. Sąd odrzucił jego prośbę.
W dniu 28.08.1773 roku sąd wydał wyrok. Pisano w nim m. inn: „… bezecnych Kazimierza Pułaskiego, Stanisława Strawińskiego, Walentego Łukawskiego” uznano winnych „zbrodni obrażenia majestatu królewskiego”. Pozbawieni oni zostali  „na wieki honorów czci, wszelkich przywilejów przysługujących stanowi rycerskiemu i zaszczytów. Ciała ich, jako narzędzia okrutnej zbrodni, okrutnym karom poddawane być muszą”.
Pułaskiego, Strawińskiego i Łukawskiego skazano na ścięcie, poćwiartowanie, spalenie i rozrzucenie prochów na wiatr. Ich ręce miały być powieszone na palach ustawionych przy drogach publicznych.
Wszystkich zamachowców skazano na straszną śmierć. Strawińskiego poćwiartowano a następnie spalono na oczach żony, która postradała zmysły i zmarła. Łukawskiemu zgotowano taki sam los. Kuźmę wygnano na wieczną banicję. Majątki skonfiskowano i rodziny utraciły szlachectwo. Pułaskiego przy tym nie było…
Powracając do sprawy testamentu, to następną zagadka jest to, że w tym czasie nikt w Polsce nie używał tytułu prefekta, wprowadzonego dopiero w okresie wojen napoleońskich. Można jedynie przypuszczać, że albo dokument sfabrykowano na polecenie obydwu zainteresowanych, lub też Augustyn Bogatko urzędował poza krajem, ale w zasięgu przyjaciół.
Tekst tego dokumentu odkrył we wspomnianym już archiwum, amerykański korespondent „Wieczoru Warszawy”. Opublikowano go w numerze z dnia 18 .05.1947 roku. Znał również ten testament komisarz miasta Perth Amboy, pan Antoni Gradek, który z ramienia rodziny Kozłowskich jako ich adwokat, próbował przed II Wojną Światową ów spadek odzyskać.
O jaki to spadek chodzi?
Otóż Pułaski zginął pierwszy. Cały więc jego majątek przeszedł w ręce Kozłowskiego. Majątek ten nie był wcale taki mały. Dokument sukcesyjny opiewa go na kwotę… 84 000 000  $ USA! Aby sprecyzować to nieco wyjaśnię, że jest to kapitał od amerykańskich darowizn na rzecz bohaterów, wartość ich majątków osobistych i… odsetki od kwot za ponad 200 lat!
Wyjaśnię również,  że Kozłowski i Pułaski otrzymali od Amerykanów za położone przez nich zasługi wojenne po około 450 akrów ziemi, tzn. kilkadziesiąt hektarów. Dla informacji dodaję, że jest to obszar na którym dziś stoi Chicago i prawdopodobnie Filadelfia! Wspomniana wyżej kwota dotyczy kapitału i odsetek zdeponowanych w waszyngtońskim banku. Za ziemię nikt nigdy nie zapłacił! Jej wartość jest dziś niebotyczną! Wszystko to dziedziczy po Pułaskim rodzina Kozłowskich, domagająca się od rządu Stanów Zjednoczonych stosownej rekompensaty.
Droga do wykonania testamentu była bardzo długa. Wieloletnie starania Antoniego Gradka, występującego w tej sprawie przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, który miał rozstrzygnąć czy majątek ten będzie zwrócony Kozłowskim, spełzły na niczym, bowiem choć Kongres w 1939 roku rozpatrzył sprawę na korzyść rodziny Kozłowskich, to wybuch wojny przekreślił jak na razie, realizację tej decyzji.
Do sprawy powrócono w 1945 roku. Przeciągała się nieco, ponieważ w tym czasie rząd Stanów Zjednoczonych zajęty był m.in. wieloma powojennymi sprawami dotyczącymi zwrotu zagarniętych przez okupanta majątków i to nie tylko polskich. Rzecznik rodziny Kozłowskich, wspomniany już Antoni Gradek zginął w wypadku samochodowym na początku lat pięćdziesiątych. Śmierć jego jest doprawdy spektakularną…
Niestety, wojenne przemiany uniemożliwiły prawne przejęcie spadku, bowiem testament zawierał klauzulę zabraniającą  wypłacenia kwoty, jeżeli Polska nie będzie w pełni wolna W okresie międzywojennym było to możliwe, po zakończeniu wojny, niestety już nie…
Ponieważ majątek ten zarządzany jest przez bank waszyngtoński na podstawie tzw. prawa starokrajskiego które mówi, że spadek nigdy nie ulega przedawnieniu, w zamian czego Stany Zjednoczone mają prawo nim zarządzać, przeto rządowi Stanów Zjednoczonych nie spieszy się zbytnio do zakończenia sprawy. Mógłby to bowiem być precedens…
Spadek ten jest również obwarowany kilkoma zastrzeżeniami, m. in.  „ … pozostaje on jako fundusz żelazny nieruchomości w Waszyngtonie, którego odsetki przeznaczone na potrzeby miasta a przede wszystkim na potrzeby rodziny Kozłowskich, rodaków i na potrzeby ogólne Polski”.
Gdyby ów spadek udało się spadkobiercom odzyskać, muszą oni część uzyskanych w ten sposób środków przeznaczyć na wiele celów publicznych, m. in. na rzecz Polski, na fundację  teatrów i ich utrzymanie, na formowanie wojska i szkół wojskowych oraz na ich szkolenia, na dzieci osierocone i pochodzące z nieprawego łoża. W sumie  33 000 000 $ USA plus około 5 000 000 $ USA na rzecz potomków Kazimierza Pułaskiego. Pozostaje więc około 50 000 000 $ USA do wzięcia, nie licząc wartości ziemi należnej Kozłowskiemu, bowiem do dziś nie wiadomo co się z nią stało. Chicago i Filadelfia stoją na gruntach Pułaskiego!
Lata mijały. Spadkobierców majątku nie pozostało dziś wielu. Do sprawy praktycznie można powrócić dopiero teraz, po upadku poprzedniego ustroju. Kto się jednak podejmie prowadzenia tej trudnej przecież sprawy?
Dziś żyje siedmiu spadkobierców majątku. W większości nie interesują się sprawą zarówno z nieświadomości jak i przekonania, że wykonanie testamentu jest rzeczą niemożliwą.
Bezpośrednim potomkiem Kazimierza Stanisława Kozłowskiego jest żyjący dziś Jerzy Wojciech Bączkowski, właściciel niewielkiego antykwariatu opodal centrum Wrocławia. Spadkobierca nie wierzy w sfinalizowanie sprawy, bo go na to po prostu nie stać, pozostałych spadkobierców także. Mimo to jest nieco rozżalony na brak zainteresowania sprawą. Trudno jednak w tym przypadku kogokolwiek winić, mimo to rację ma pan Wojciech, bowiem poza nim  i kilkoma najbliższymi, do spadku przypisanych jest wiele poważnych, rządowych instytucji. Gdyby one to pomogły spadkobiercom, skorzystałyby z tego obie strony.
Ostatnim z największych bojowników o spadek w rodzinie Bączkowskich był ojciec Wojciecha, pan Wojciech Leon, syn Wojciecha, bowiem imię to jest w rodzinie Bączkowskich tradycyjnym.
Rodzina Bączkowskich wywodzi się z Wołynia, gdzie hrabia Kozłowski herbu Jastrzębiec posiadał rozległe dobra. Stracił życie w walce z Moskalami, pozostawiając żonę i syna Kazimierza, późniejszego emigranta i „brata” Kazimierza Pułaskiego. Następne pokolenia różne przechodziły koleje losu. Walczyli o niepodległość Polski, ginęli w śniegach Syberii i wojennych frontach. Część z nich pozbawiona ziemi i majątków spauperyzowała się i jak w wielu polskich rodzinach zapomniała o swoim pochodzeniu i rodowych tradycjach. Niektórzy jednak, jak właśnie w prostej linii przodkowie Wojciecha Leona Bączkowskiego, twardo trzymali się tradycji i rodzinnych przekazów. Jakby dla podkreślenia autentyczności tej historii dodać należy, że antykwariat pana Bączkowskiego we Wrocławiu znajduje się, nomen omen… przy ulicy Pułaskiego!
Jak widać kłopotów z tym Pułaskim niemało. Było nie było, są nam Amerykanie coś tam winni i to nie tylko wdzięczność za udział naszych bohaterów w ich walkach o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Kto wie, może pan Bączkowski otrzyma Chicago w spadku?
Postać Pułaskiego przewija się na tych stronach osnuta pajęczynami tajemnic oczekujących na rozwiązanie. Nie ja będę je rozwiązywał. Staram się jednak zasygnalizować problem, który właśnie przedstawiony w ten sposób, przybliży Czytelnikowi sprawy i zawirowania wokół osoby generała.
Mimo poważnych związków łączących Warkę z Amerykanami, stałych i konkretnych kontaktów naukowych, fundacji i publikacji wydawanych w związku z prowadzonymi badaniami naukowymi traktującymi o dziejach walk o niepodległość, jakże wiele pozostaje niewiadomych o życiu tego warecczanina. Brak jest przede wszystkim rzetelnych opracowań o nim jako człowieku pełnym problemów, mającym swoje słabości, pragnienia i uczucia. Większość piszących kreuje go na bohatera zapominając o tym, że jego portret byłby bardziej wyrazistym, gdyby w opisy jego patriotycznych zrywów włączono dzieje jego niejednego przecież romansu z epoki. Postać Pułaskiego byłaby wówczas o wiele barwniejszą, pełniejszą, bardziej ludzką i… chyba bliższą.
Jakby mało było przedstawionych tu zagadek myślę, że przytoczenie w tym miejscu pewnego problemu pozwoli być może, na  podkreślenie  tego, że mimo iż postać Pułaskiego wydaje się być znaną, to domniemywać można, że wiele jeszcze zapomnianych wydarzeń nie ujrzało światła dziennego.
Jedna z kolejnych niewiadomych, jest brak jakichkolwiek amerykańskich powiązań Pułaskiego z działającym tam również w tym samym czasie Tadeuszem Kościuszką!
Nazwiska tych dwóch Polaków wymienia się przecież jednym tchem, kiedy mówi się o polsko - amerykańskich tradycjach niepodległościowych. Jak więc to możliwe, że choć obaj prawie w jednym czasie znaleźli się na amerykańskiej ziemi, obaj walczyli o jej niepodległość i obaj zostali generałami, to ich losy tak się potoczyły, że prawdopodobnie nigdy się ze sobą nie spotkali?
Mimo przekazywania, nieprawdziwej zresztą informacji o ich rzekomym spotkaniu w Trenton w grudniu 1777 roku, do takiego spotkania nigdy przecież nie doszło! Dowodem na to są zachowane listy obydwu, w których nigdy nie zawarto słów dotyczących ich znajomości mimo, że w korespondencji opisują wielu im współczesnych. Gdyba znajomość ta istniała, korespondencja musiałaby zawierać okruchy choćby ich wspomnień tym bardziej, że obaj byli ludźmi znanymi. Ówczesna korespondencja była zazwyczaj bardzo szczegółową.
Obydwaj mają ze sobą wiele wspólnego. Byli niemal rówieśnikami (Pułaski ur. 6.03.1745, Kościuszko ur. 4.02.1746). Obaj byli szlachcicami. Obaj  choć z różnym statusem majątkowym, znaleźli się w Ameryce bez grosza i obaj też traktowali swoją służbę honorowo, nie dbając ani też zabiegając o korzyści majątkowe. Różnice między nimi uwidaczniają się wówczas, kiedy rozpatrujemy te postacie analizując drogę, która doprowadziła ich do najwyższych godności i sławy.
Pułaskiego traktuje się jako przedstawiciela dawnej  przedrozbiorowej Polski, owej szlacheckiej, zafascynowanej swoją “złotą wolnością”. Kościuszko prezentował już Polskę nową, tę która w walkach o niepodległość stopiła wszystkie warstwy narodu w jeden organizm.
Czy więc Pułaski znał Kościuszkę? Na to pytanie można odpowiedzieć zdecydowanie negatywnie. Czy jednak wiedzieli o sobie? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi…
Historyczna tradycja uczyniła z obydwu postacie bardzo sobie bliskie. Mimo różnic między nimi - a te były - obaj mieli w dziejach Polski swoją misję do spełnienia i każdy z nich wypełnił ją jak mógł.
W swoim liście do późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jerzego Waszyngtona, Pułaski pisał: „…Przybyłem tutaj, gdzie broni się Wolności, aby jej służyć, dla niej żyć lub umrzeć”. I umarł, zgodnie z danym uprzednio słowem, po przeszło dwuletniej służbie w armii amerykańskiej. Kula kartaczna wielkości orzecha włoskiego, która pozbawiła go życia, została wydobyta z rany w pachwinie. Dziś przechowuje się ją w muzeum w Savannach.
Śmierć na polu bitwy sprzyja narodzinom bohaterskich mitów, często przysłaniając wszystko co było przedtem i potem. Pułaski zginął w chwale, zyskując miano bohatera. W 1910 roku prezydent Stanów Zjednoczonych William Taft powiedział:  „Był to rycerz z krwi i kości, syn rycerskiego narodu, rycerski w postawie i zwyczajach: mężny, nieustraszony, odważny i śmiały - a zarazem kobiecej łagodności i uprzejmości, pełen słodyczy w obejściu - ten, w którego imieniu zespala się cały urok romantyczności dawnego rycerstwa”.
Wiele jest prawdy w przedstawionej tu charakterystyce, ale jest ona - też gwoli prawdy - jakże niepełną! Pułaski był człowiekiem wielce trudnym w obejściu, miał niezwykle drażliwy charakter i nie znosił przełożonych. Jego niesubordynacja przechodziła wszelkie wyobrażenia, choć działał w słusznej sprawie. Opinia ta jednak pozostaje w cieniu. Nie wolno przecież burzyć mitów! Przypuszczać można, że gdyby nie ofiara życia, Pułaski nigdy nie zająłby takiego poczesnego miejsca w amerykańskim panteonie. Dla Amerykanów fascynacja postacią Pułaskiego wiąże się z jego rycerskim romantyzmem. Dla nas Polaków te sprawy nie są znów takie niezwykłe, bowiem prawdziwy Polak takim właśnie być musi. Dlatego więc owa „legenda Pułaskiego” trwa do dziś i jest bliską każdemu. Widzimy w nim przecież bliski ideału wzór żołnierza patrioty.
Na tym jednak nie koniec kłopotów z Pułaskim. Otóż w Krynicy, znanym kurorcie sanatoryjnym w województwie małopolskim, jeszcze przed II Wojną Światową, ze składek społeczeństwa wzniesiono pomnik generała, sytuując go w jednym z przypałacowych parków, gdzie monument ten stoi do dziś. Zachwiał się on jednak mocno, kiedy to w 1998 roku pałac wraz z parkiem i oczywiście pomnikiem, miejskie władze samorządowe Krynicy sprzedały prywatnemu nabywcy. Ten natychmiast ogrodził posiadłość, zamykając tym samym możliwość ekspozycji monumentu, krzywdząc nie tylko generała, ale  także mieszkańców i kuracjuszy. Rozgorzała walka. Właściciel był jednak nieugięty. Uniemożliwił nawet amerykańskiej delegacji złożenie kwiatów pod pomnikiem bohatera obydwu narodów.
Pomnik ten wystawiono na pamiątkę bohaterskich walk konfederatów barskich w okolicach miasta. We wrześniu 1999 roku minęła 70 rocznica jego odsłonięcia. Wśród fundatorów byli m.in. Józef Piłsudski i Jan Kiepura. Cóż, władze Krynicy lekką ręką skreśliły pomnik Pułaskiego z rejestru zabytków. Czy jednak mogły sprzedać nieruchomość wraz z generałem? Pomnik mógł przecież w innym stanąć miejscu, choćby w Warce! Widać Pułaski dla krynickich władz takim znów bohaterem nie był…
Przedstawiając opisane tu zagadnienia, sam poniekąd ulegałem pasji detektywa, poszukując coraz to nowych wątków, innych aspektów, pozwalających być może na dostarczenie kolejnych jeszcze sensacji. Myślę, że pewnie mi się to udało. Każdy z nas, również Pułaski, uczestniczył w jakichś wydarzeniach, których nawet nie rejestrował z sobie tylko znanych powodów. Czy jest więc cel aby w nieskończoność analizować życiorys i grzebać w sprawach o które kopii kruszyć nie warto? Może i jest, skoro to postać publiczna  i wzór cnót. Jesteśmy z natury ciekawi i bardzo dociekliwi, zwłaszcza w sprawach osób owianych legendą. Mimo to, pozostawię postawione wyżej pytania bez odpowiedzi. Tak może i lepiej, bowiem każda odpowiedź mogłaby być hipotetyczną i oczywiście subiektywną. Nikt bowiem jak dotąd na te pytania nie odpowiedział…
Więc gdzie jest ten generał?!