29.05.2017
<< wstecz

Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

Odnaleziony portret

 

        Ostatnią żyjącą z rodziny Bersonów w Boglewicach, była Justyna (*1883 – po 1945 Milanówek), żona Edwarda zmarłego w 1938 roku.

Los nie był dla niej łaskawy. Choć była Żydówką, przeżyła w rodzinnym majątku wojnę. Dwór Bersonów w Boglewicach, był ostoją kulturalną i zapleczem materialnym dla miejscowej ludności. Dzięki zaś kontaktom z polskim podziemiem politycznym i zbrojnym, stanowił swoiste źródło zaopatrzenia dla lokujących się w terenie oddziałów partyzanckich.

Justyna Berson pochodziła ze znanej żydowskiej rodziny Waltuchów, mieszkającej w Odessie. Rodzice jej prowadzili tam fabrykę tytoniu i byli znanymi armatorami.

Jej boglewski epizod życiowy, był dla niej samej wielkim zaskoczeniem. Córka wielkiego fabrykanta, poddanego Wielkiego Imperatora Wszechrosji, owa niekwestionowana piękność odesskich salonów i obywatelka wielkiego miasta, znalazła się nagle w spokojnych, oddalonych od kulturowych centrów wielkomiejskiego życia, mazowieckich Boglewicach.

Trudno dziś dociekać powodów tej sytuacji, ale z przekazów rodzinnych i tzw. towarzyskich wiadomo, że Justyna zauroczyła się nieszczęśliwie w znanym warszawskim przemysłowcu Stanisławie Wilhelmie Lilpopie. Nieszczęśliwie dlatego, że ów Stanisław miał już – zgodnie z tradycją – ustaloną małżonkę i Justyna znalazła się na tzw. przegranej pozycji. Aby jednak losu nie kusić, rodzice zdecydowali o jej zamążpójściu – podobno w Marienbadzie, jeszcze – z…Edwardem Bersonem, synem Jana.

Edward Berson to też była poważna persona i tzw. partia nie do odrzucenia. Potomek znakomitego żydowskiego rodu, zamożny, wykształcony i posadowiony w tzw. towarzystwie, był obiektem pożądania wielu wielbicielek jego osobistego uroku i…równie wielkiego majątku.

Rodziny widząc, że obojgu pomóc w wyborze trzeba – a to zapewne z troski o pozostawienie majątków tam, gdzie się one dotychczas znajdowały i po to, aby młodzi „głupstw” nie robili, ustalili ich małżeństwo, o zgodę nawet samych zainteresowanych zapewne nie prosząc.

W taki oto sposób, piękna Justyna znalazła się w Boglewicach, z którymi związała się już do końca. I choć posiadała także mieszkanie w Warszawie, przy Al. Ujazdowskich 16, to korzystał z niego w większości przypadków jej mąż Edward, przy okazji różnych spraw służbowych.

Czy była szczęśliwa? Trudno powiedzieć. Na pewno była lojalną i odpowiedzialną panią Berson. Zmiana jednak środowiska i brutalne wejście w dorosłe i jakże różne od dotychczasowego życie, wypaliło w jej świadomości swoiste piętno.

Mimo to przez lata wraz z mężem, utrzymywała towarzyskie stosunki ze Stanisławem Wilhelmem Lilpopem i jego rodziną.

Owa swoista izolacja, przez lata nie przyćmiła jej – podobno – wyjątkowej urody. Wielu znajomych i przyjaciół rodziny często odwiedzało Boglewice, w większości przypadków czyniąc to z uwagi na spotkanie z boglewicką pięknością.

Częstym gościem bywał tu – nie bez kozery zresztą - sam Jarosław Iwaszkiewicz. Był on bowiem – jako zięć – spowinowacony przez swoją żonę Annę z Lilpopów, ze Stanisławem Wilhelmem Lilpopem – swoim teściem, a odesską jeszcze sympatią Justyny.

Przekazywał więc ów znany publicysta wszelkie o Justynie i Boglewicach informacje, lokując je w opiniotwórczych i wielce wpływowych sferach Warszawy i Krakowa, choć nie tylko.

Wraz z upływem lat odchodzili bliscy Justyny: mąż, rodzice i przyjaciele. Chowała ich w boglewickim mauzoleum, które wybudowała na katolickim cmentarzu parafialnym wg projektu znanego architekta Jana Antoniego Biernackiego w 1930 roku i… stawała się coraz bardziej samotną. Oddała się bez reszty Boglewicom i ich sprawom. Powoli wszystko odchodziło w niepamięć. Wszystko, tylko nie uroda boglewskiej dziedziczki. Ta bowiem jakby wieczną była.

Ci co ją znali, potwierdzali to niekiedy nawet z nutką zazdrości i niedowierzania, ale…to był fakt! Jak więc się stało, że po tak wielkiej osobistości, owej wielkiej urody kobiecie, nie pozostała ani jedna fotografia, ani jeden portret, ani jeden choćby kontrafakt, potwierdzający owe ustne przekazy i opisy? Nie ma ich nawet w bogatych zbiorach fotograficznych Muzeum im. Jarosłwa Iwaszkiewicza w Stawisku pod Warszawą.

Los bywa przekorny, że nie powiem…okrutny. W boglewickim mauzoleum rodzinnym Bersonów, zachowały się fotografie jej najbliższych. Niestety jej wizerunku tu nie ma. Odeszła skromnie, jak żyła.

I być może Justyna nigdy by się nie ujawniła, gdyby – ano właśnie – nie jej uroda. Ta – jak widać – wieczną jest. I nie jest to żart, bowiem niezwykłe koleje losu, zawirowania wojenne i wszelkie inne przeciwności w okresie już powojennym, mogłyby pamięć o Justynie skutecznie unicestwić, gdyby nie – jak zwykle – przypadek.

Napisany przeze mnie przed laty artykuł pt: „Piękna nieznajoma”, wchłonięty przez media, zatoczył koło. W jego treści odniosłem się m.in. do przechowywanego w płockim muzeum portretu nieznajomej z Bersonów. Ponieważ poza umieszczoną na nim notatką, że to bezsprzecznie portret pani Berson, nie było żadnej informacji, której to damy z Bersonów wizerunek ten dotyczy: Justyny z Waltuchów Edwardowej Berson, czy np. jej bratowej, Jadwigi z Wawelbergów Michałowei Berson?

Tak oto Justyna nadal pozostała pięknością z opisów.

Szczęśliwie jednak stało się inaczej! Artykuł zapewne czytało wielu. Przeczytała go także …wywodząca się z Bersonów kobieta, zamieszkała już poza granicami Polski. Okazała się ona przedstawicielką linii brata Edwarda – Michała – dziedzica cukrowni w Lesznie koło Kampinosu, w trzecim pokoleniu.

Otóż okazało się, że istnieje portret Justyny! Jest nim przechowywany z wielkim pietyzmem szkic w ołówku, wykonany przez jednego z najznakomitszych polskich malarzy.

Istotnie Justyna piękną była!

„…jestem córką Marii Staniszewskiej z domu Berson. Moj dziadek Tomasz Berson (z Leszna) miał w posiadaniu portret (w załączniku) i opowiadał zawsze bardzo ciekawą i związaną z nim historię. Mówił, że jest to portret jego ciotki Justyny Berson, naszkicowany przez Wojciecha Kossaka.

A było to tak: pan Kossak widząc Justynę Berson w kawiarni hotelu „Bristol” w Warszawie, tak zachwycił się jej urodą, że potajemnie wykonał ów szkic, który następnie jej podarował.

Portret ten naszkicował Kossak prawdopodobnie w 1930 roku na karcie menu tej kawiarni. Jest on obecnie w posiadaniu naszej rodziny, a zlokalizowany u jednej z córek Tomasza i Ireny Berson.

Dziadek mój zawsze twierdził, ze szkic ten jest portretem Justyny Berson. Był on bardzo prawym człowiekiem i nie wymyśliłby sobie tego, zresztą i po co? Przykładał do tego rysunku wielką wagę, lokując go na honorowym miejscu w domu. Ponieważ po wojnie zachowały się jedynie nieliczne pamiątki z Boglewic, dlatego też ten szkic jest dla nas – rodziny - drogocenną pamiątką rodzinną”.

No i…znamy już Justynę Berson.

I choć samo odnalezienie portretu i obejrzenie go jest frapujące, bowiem wyjaśnia wiele wątpliwości, to zdarzenie to dowodzi sprawy o wiele bardziej poważnej. Otóż wydawałoby się, że napisanie niezbyt obszernego szkicu literackiego, zawierającego strzępy wiedzy o ludziach regionu, to pozornie sprawa o małym znaczeniu. Okazuje się jednak, że jest zgoła inaczej. Właśnie owe fragmenty informacji, szczątki faktów i wiedzy o ludziach, wzbudzają wielkie zainteresowanie i nie mniejsze emocje. Zwłaszcza, kiedy dotyczą osób nam bliskich. Bo to ludzkie sprawy i…ważne! Wówczas to wszelkie, pozornie niewiele znaczące epizody, składają się w pewną sensowną całość.

Gdyby więc nie ów dawno przebrzmiały i zapewne zapomniany już artykuł, nie został przez media upubliczniony, do dziś nie wiedzielibyśmy, jak wyglądała Justyna z Waltuchów Berson.

Powyższe dowodzi też i tego, że…warto i należy pisać. Jakże bowiem wiele jest tu - wokół nas – nie rozwiązanych problemów. Są one równie ważne, jak i te nie rozwiązane współczesne.

Udało się! Portret Kossaka ożywił Justynę Berson. Jawi się ona na nim spokojnie, emanując dyskretnie ponadczasowym urokiem, swej nie przecenionej urody.

Pozostanie już teraz Justyna wśród nas. Wiedzieliśmy kim była, wiemy już jak wyglądała.

Tak więc dzięki przypadkowi, grójecczana wzbogaciły się o – co prawda wirtualne - dzieło Kossaka. Zagadką pozostaje którego? Rodzina Justyny twierdzi, że Wojciecha. I jest to wielce prawdopodobne, bowiem portret jest sygnowany, ale… to już temat na kolejne dochodzenie. Pewne jest bowiem, że biografowie Kossaka nie mają żadnej wiedzy o tym szkicu. Pewnym jest także i to, że niewielu wie, iż Kossakowie bywali częstymi gośćmi w podgrójeckim Kośminie, co też być może tematem na odrębny artykuł.

A może to wcale nie przypadek spowodował odkrycie tego portretu? Może to Justyna – jak to kobieta – trzymała nas przez lata w niepewności?

Nie próbuj zrozumieć kobiety…