27.05.2017
<< wstecz

Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

Grójecki Marszałek

 

No cóż…ma Grójec i Grójeckie szczęście do bohaterów z różnych epok i środowisk, zapisanych w dziejach regionu i miasta, a nawet kraju i historii powszechnej.

Są wśród nich ludzie munduru, duchowni, publicyści, specjaliści różnych dziedzin i artyści. Nie brakowało tu na przestrzeni wieków powstańców, rewolucjonistów, jak i kolaborantów czy kryminalistów. Jak w każdej społeczności. Wszystkich ich łączy historia i region.

Jedni z nich chlubnie zapisali się w pamięci Grójecczan, o innych należałoby zapomnieć, ale…czy można? Historia czyni psikusy, jakich sobie nawet wyobrazić nie można i co najdziwniejsze, w pamięć nie zapadają ci pozytywni. W świadomości większości zainteresowanych przeszłością regionu – choć nie tylko – prym wiodą właśnie postacie, których zafałszowane wizerunki świat obiegają. Przewrotność historii jest porażająca i niebezpieczna. Za to…jakże interesująca.

Zainteresowanych tematem pociąga dreszcz emocji, fascynacja odmiennymi poglądami, czy zakazanymi prawem sferami naszego życia. Owej jego ciemniejszej strony…

Człowiek jest dualny i choć ma postawione przed sobą wzorce zachowań i tak od czasu do czasu wejdzie na ścieżkę wiodącą w nieznane. Bywa, że nie zauważy przepaści…

Owe ciemne strony życia mają kilka wymiarów. Nie wdając się zbytnio w psychologiczne zaułki zagadnienia, można je skrócić do dwóch. Pierwszy jest zdecydowanie negatywny i posadowiony w nim „bohater” ma z reguły złe konotacje. Drugi zaś jest bardziej przewrotny, bowiem nazywa się …zakłamaniem. Pozornie pozytywny, bo kreowany przez konkretne osoby i sytuacje, tworzy zafałszowany obraz rzeczywistości, skrywając przed otoczeniem prawdę. Sugestia wymowy takiego przedsięwzięcia jest tak silna, że utworzony przez to obraz jest nie tylko nieprawdziwy, ale skutecznie przez lata funkcjonuje. Tworzone w ten sposób kreacje sytuacyjne i personalne wybijają się ponad wszystko i wszystkich, tworząc trwały mit i w większości przypadków już nie do obalenia.

Takim był przez lata kreowany mit dobrego cara batiuszki czy Lenina, dobrych i złych żołnierzy spod różnych znaków, jak i jedynego a sprawiedliwego ustroju. Ci którym na utrzymaniu takich mitów zależało, podtrzymywali ich zarzewie. dotykając najbardziej czułych sfer ludzkiej psychiki.

No, bo jeśli już tworzyć trzeba bohatera, nie może różnić się od tych, dla których jako idol jest przeznaczony. Jeśli to człowiek, musi przynależeć do społeczności, dla której jest wykreowanym.

            Analizując temat, w zasadzie żyjemy wśród wielu mitów. Z jednymi nam dobrze, innych nie rozumiemy, w inne zaś wierzyć nie chcemy, ale…są takie, z którymi nawet chętnie się utożsamiamy. Dlatego one w nas tkwią i tkwić zapewne będą.

            Nie ma potrzeby przytaczać tu detali. Podejmę próbę odniesienia się do dwóch znanych w dziejach Grójca postaci. Co prawda z różnych epok, ale z jednego idących kierunku. Co prawda pokrywają się już one mgłą zapomnienia, ale…tkwią!

            Konstanty Krupski (1838-1883) jest postacią znaną w Grójcu. Były naczelnik powiatu w carskim aparacie ucisku, ojciec słynnej Nadieżdy Krupskiej, zwanej „towarzyszką życia Lenina”, przez lata przedstawiany był jako tzw. „ludzki człowiek”, czuły na niedolę rodaków. Wywodził się wszak z polskiej - choć zrusyfikowanej – rodziny. Powinien więc być – w powszechnym mniemaniu – choćby z tego powodu „ludzkim”. I był…w powszechnym mniemaniu.

            Łzy wzruszenia wyciskają rzewne opowieści o tym, jak to polska niania uczyła Nadzieję polskich piosenek i pierwszych wypowiadanych słów…po polsku. Opisy towarzyskich spotkań Naczelnika z miejscowymi notablami, są naprawdę sielskie i nacechowane wyrozumiałością, dla pochylonego pod carskim knutem uciskanego narodu. Owe wspólne i głośne śpiewanie – po polsku oczywiście – musiało Naczelnikowi splendoru dodawać. Zapewne też obnosił się on z tą swoją polskością, ludzkim traktowaniem obywateli i wyrozumiałością dla niechętnych reżimowi…

            Zapewne, choć bywały i cieplejsze nieco opinie, ale…znacznie późniejsze, mówiące o tym, że Krupski: „otworzył szpital dla ubogich, ogrodził cmentarz katolicki, by nie wypasano tam świń, zabronił strzyc pejsy Żydom, przyjaźnił się z polskim burmistrzem, a rosyjskich urzędników prześladował za łapówkarstwo”,[ preparowane w związku z narastającą koniecznością utworzenia pozytywnego wizerunku jego córki.

Ta z kolei – próbując naświetlić swoją „właściwą” postawę wobec rosyjskiej ojczyzny – pisała o ojcu negatywnie, przedstawiając go jako oportunistę, nie wypełniającego nałożonych na niego obowiązków. To najgorsze świadectwo, jakie można wystawić zawodowemu wojskowemu, pełniącemu taki jak on urząd.

Pisała: „powstanie tłumił źle, pomagał uciekać wziętym do niewoli Polakom i celowo szkodził własnej armii”.

Prawdy dziś trudno dociec. Krupskiego istotnie odwołano z funkcji naczelnika powiatu grójeckiego, został zawieszony w czynnościach i postawiony przed sądem. Zarzucono mu niedopełnienie obowiązków, w tym, m.in.: nie iluminowanie kancelarii w dniach carskich świąt.

Pozbawiony prawa do zajmowania stanowisk państwowych, Krupski odwołał się od wyroku. Sprawa ciągnęła się przez lat dziesięć i w konsekwencji Krupski proces wygrał, dowodząc tym samym swojej lojalności i gorliwości w wypełnianiu zaborczych obowiązków. Wyżej przytoczona opinia córki, spowodowała kilkuletnią tułaczkę rodziny po Rosji i w konsekwencji śmierć chorego na gruźlicę Krupskiego. Wydaje się jednak, że poza nią przyczyniły się do tego również zakusy oczekujących na awans, zawistnych, skorumpowanych i obawiających się o swoje stanowiska pułkowych kamratów.

Nie ulega wątpliwości, że…Krupski przychylnym Polakom być nie mógł. Kontrowersje wokół jego postaci spowodowane są celowym fałszowaniem rzeczywistości w ówczesnych warunkach przemian politycznych w Rosji.

            Taki oto mit Naczelnika Krupskiego, przez lata funkcjonował w świadomości Grójczan. Był tak wielki, że …córka jego Nadzieja – została patronką Szkoły Podstawowej nr 2 w Grójcu, przez lata tkwiąc na tym cokole głupoty…

            Jak można było w ów mit uwierzyć? A jednak uwierzono. Dlaczego nikt, a przynajmniej niewielu, nie pomyślało o tym, że aby zostać naczelnikiem powiatu w uciskanym kraju i z dala od carskiego dworu, w owym krnąbrnym Prywislanskim Kraju, trzeba było być nie tylko zaufanym władz, ale i wielkim przeciwnikiem ujarzmionego narodu.

            Konstanty Krupski zaszedł jeszcze wyżej. Jako Polak z pochodzenia, zaprzedany w carską służbę, był – jako neofita – jeszcze bardziej gorliwym. Aby Polaka posadowić na tak eksponowanym stanowisku, musiał się on wykazać niemałą gorliwością, w wymuszaniu u poddanych jego Imperatorskiej Mości, posłuszeństwa i przestrzegania godzących w Polskę i Polaków ukazów.

            I takim właśnie despotą, satrapą i carskim fagasem był Krupski. Nie mogła być inną - wychowana przecież w duchu nienawiści i lekceważenia tego, co polskie – jego córka Nadzieja. Nie mogła, bowiem nie zostałaby później ową słynną „towarzyszką” Lenina, rugującą - wraz z jego ideologią - te ideały, które świętymi były dla narodu „panów”, jak z ironią i przekąsem określano Polaków.

            Mit Krupskiego i Nadziei tkwi jeszcze w nas krzepko i tkwić zapewne długo będzie, bowiem w wielu z nas, gdzieś tam głęboko, tkwi zakorzeniony serwilizm…

            Kolejnym z największych chyba lokalnych przekrętów historii, a odnoszących się do Grójca, jest…biogram jednego z najbardziej znanych ludzi munduru, końca II Wojny Światowej.

            Konstanty Ksawerowicz Rokossowski – bo o nim mowa – urodził się…no właśnie. I tu zaczyna się kłopot…

            Przez lata - zwłaszcza przełomu czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku – Grójec obiegała powszechnie przekazywana plotka, że…późniejszy marszałek Związku Radzieckiego i marszałek Polski, urodził się…w Grójcu! Późniejsze – stonowane już nieco newsy informowały, że co prawda urodził się w innej miejscowości, ale…bywał w Grójcu u swojego wuja lub stryja na wakacjach, mieszkającego w bliżej nieokreślonym domu przy ulicy Mogielnickiej.

            Informacje było tak sprzeczne, że…w zasadzie nie wiadomo było, które są prawdziwe, a które bliżej prawdy leżą.

            Zacząć należy więc od początku. Rokossowscy to stara polska rodzina szlachecka, przynależna do herbu Glaubicz, a wywodząca się z gniazda Rokosowo położonego pod Kościanem w Wielkopolsce. Linia Konstantego była od dawna zdeklasowana, choć pamiętająca pełnione urzędy i arystokratyczne aspiracje. Ich pauperyzację przyspieszyło to, że przedstawiciele tej rodziny uczestniczyli w powstaniach narodowych i służąc w wojskach Księstwa Warszawskiego. Ruinę spotęgowały wczesnokapitalistyczne stosunki społeczne.

            Urodził się w dniu 8 (21).XII.1896 roku w Warszawie, lub – jak podają niektórzy - w Wielkich Łukach pod Pskowem, jako syn Ksawerego Wojciecha (zm.1905 Warszawa) – maszynisty kolejowego i Antoniny Owsiannikowej (zm.1911), wywodzącej się z drobnej szlachty rosyjskiej, nauczycielki spod Pińska.

            Trudno uwierzyć w to, że po latach, kiedy osiągnął sukces osobisty, w wielu wersjach jego biogramu zamiennie widniały różne miejsca urodzenia, jak i imię ojca, bowiem sam później używał tzw. otczestwa: Konstantynowicz, zamiast Ksawerowicz.

            Trudne warunki materialne rodziny, skomplikowana sytuacja polityczna, miały poważny wpływ na jego dalszą drogę życiową. Z uwagi na śmierć ojca, przerwał naukę w Szkole Kupieckiej przy ul. Świętokrzyskiej, podejmując różne prace fizyczne. Fama głosi, że…został czeladnikiem w jednym z warszawskich zakładów kamieniarskich. Fakt ten przez wiele lat propagowała propaganda sowiecka, tworząc legendę jego „proletariackiej” przeszłości.

            Początkowo tak być mogło, ale …większość publikacji wzmiankuje, że Rokossowski zatrudniony był u grójeckiego kamieniarza, podobno krewnego ze strony ojca. I to może być prawda, bowiem w dniu 2.VIII.1914 roku, wstąpił jako ochotnik do stacjonującego wówczas w Grójcu 5 Kargopolskiego Pułku Dragonów, dowodzonego przez płk Artura Adolfowicza Szmidta.

            Gdyby Rokossowski mieszkał w tym czasie w Warszawie, miałby możliwość wstąpienia do wielu innych stacjonujących w stolicy pułków. Wybrał Grójec, bo…zapewne tu przebywał.

            „Chłop powiatu grójeckiego, wsi Długopola, gminy Rykały, Wacław Julianowicz Stankiewicz, będący od 1911 żołnierzem I kategorii Państwowego Pospolitego Ruszenia, i mieszczanin gminy Komarowo, powiatu Ostrowskiego Konstantin Ksawierowicz Rokossowski, urodzony w 1894 (Konstanty dołożył sobie lat), zostają zaliczeni do służby w podporządkowanym mnie pułku jako ochotnicy, w stopniu szeregowych. Obydwu zaliczyć do stanu osobowego pułku i przyjąć na zaopatrzenie od dnia dzisiejszego z podporządkowaniem do 6 szwadronu”.

            I tak zaczął się w Grójcu, żołnierski żywot marszałka dwóch narodów.

            Trudno zrozumieć to, dlaczego Rokossowski zaciągnął się do armii zaborczej? Jeśli czuł się Polakiem i żył między nimi, co spowodować mogło taką decyzję? A może – po matce – czuł się bardziej Rosjaninem?

            Skomplikowane są te polskie losy…

            Dalsza kariera wojskowa Konstantego była błyskawiczna.

            Bił się dzielnie, był dwa razy ranny i trzy razy odznaczony za odwagę Krzyżem Św. Jerzego. W roku 1918, na skutek działań rewolucyjnych, żołnierze oddziału w którym służył, podzielili się. Część z nich odeszła z pułku, pozostali zaś zasilili szeregi Armii Czerwonej. Wśród tych drugich znalazł się Konstanty Ksawerowicz Rokossowski. Natomiast jak zapisano: „jego brat powrócił do Warszawy, gdzie został policjantem”.

            Wg źródeł Konstanty miał tylko jedną siostrę Helenę. Ta spotkała się z nim tuż po Powstaniu Warszawskim w podgrójeckim Złotokłosie, a potem – jak otrzymał awans na marszałka Związku Sowieckiego – prawdopodobnie w…Grójcu! Tu bowiem przekazała rosyjskiemu komendantowi Grójca list do brata. Pierwsza na spotkanie przybyła żona marszałka. Później on sam…

            Kim był więc ów wspomniany w dokumencie rozformowania pułku „brat”? Czyż byłby nim wzmiankowany wcześniej ochotnik Wacław Julianowicz Stankiewicz z Długowoli? Ta sprawa wymaga jeszcze wyjaśnień…Niezależnie jednak od jej wyników, Grójec mocno posadowił się w biogramie marszałka…

            Po wstąpieniu do Armii Czerwonej, Konstanty zmienił otczestwo z formy Ksawerowicz, na Konstantynowicz. Dlaczego tak zrobił, wie tylko on…

            Brał udział w wojnie domowej na terenie Rosji i Mongolii, już jako dowódca dywizjonu, a następnie pułku kawalerii. Wielokrotnie ranny był odznaczany, a jako dowódca wykazał nieprzeciętną odwagę i zdolności.

            Od roku 1919 został członkiem partii (bolszewików) i zaraz potem – jako dowódca 27 Pułku Kawalerii Zabajkalskiej – skierowany został do Wyższej Szkoły Kawalerii w Leningradzie (później Kawaleryjski Kurs Doskonalenia Dowódców), którą ukończył w roku 1925 po rocznym okresie szkolenia. Dowodził kolejno: pułkiem, brygadą, dywizją i korpusem kawalerii.

            W 1937 roku został aresztowany – jak większość jego kolegów – pod zarzutem współpracy z obcym wywiadem, w tym i polskim. Przebywał półtora roku w leningradzkim więzieniu, a potem przez rok w łagrze. Być może dlatego Rokossowaski niechętnie ujawniał swoje polskie pochodzenie.

            Po odzyskaniu wolności, okazał się jednym z najwybitniejszych dowódców sowieckich, mających uznanie nawet u aliantów. Marszałek Montgomerry powiedział: „to, czego dokonałem, nie dorównuje temu, czego dokonał marszałek Rokossowski.”.

            Konstanty Konstantynowicz dowodził ponad milionem żołnierzy. Uczestniczył w obronie Moskwy, dowodził frontami: Brańskim, Dońskim i Centralnym – przemianowanym po bitwie kurskiej na 1 Front Białoruski.

            W czerwcu 1944 roku Rokossowski otrzymał stopień marszałka. Żaden ze znanych wówczas dowódców europejskich nie dokonał tego, czego dokonał Rokossowski. On to rozbił pod Stalingradem wojska feldmarszałka Paulusa i on też wygrał największą bitwę pancerną pod Kurskiem. I on to właśnie zmienił bieg II Wojny Światowej.

            Splendor – zresztą zasłużony – jaki go otaczał – spowodował, że Stalin obawiając się - być może – propolskich nastrojów, nie chciał aby Polak, zdobył Berlin i kilka miesięcy przed zakończeniem wojny, odebrał Rokossowskiemu dowództwo nad I Armią, przekazując ją Żukowowi. Rokossowski objął dowództwo 2 Armii.

            Po zakończeniu działań wojennych Rokossowski został dowódcą stacjonującej na północy i zachodzie Polski Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej. I od tej chwili zaczyna się drugi polski epizod Konstantego.

            W roku 1948 ówczesny prezydent Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – Bolesław Bierut zaproponował Stalinowi, aby mianować Rokossowskiego marszałkiem Polski i powołać go na stanowisko Ministra Obrony Narodowej.

W dniu 6 listopada 1949 roku propozycje te formalnie spełniono. Konstanty Konstantynowicz Rokossowski, został marszałkiem Polski, a później nawet wicepremierem, pełniąc „przy okazji” kilka innych funkcji w tym partyjnych.

Gdyby się tylko na tym skończyło, moglibyśmy – jako Grójecczanie i Grójczanie – mieć nawet jakiś powód do dumy, ale…

            No cóż, kręte są drogi historii. Jeśli ktoś rodzi się Polakiem, Polakiem zostaje. Tak samo jak urodzony szlachcicem, zawsze nim będzie i to bez względu na to, co robi. Chyba, że działa wbrew etosowi…

            Co prawda, żył Rokossowski w czasach trudnych i tkwił na stanowiskach, na których życie tracono. Musiał być przewidujący i ostrożny, ale...pełniąc poważne funkcje w państwie polskim, jawnie tolerował grabież dóbr kultury, prowadzoną przez podległe mu czerwonoarmiejskie oddziały.

            On też powołał tzw. Zastępcze Bataliony Służby Wojskowej, zwane później Wojskowym Korpusem Górniczym, w których zmuszano ludzi do niewolniczej pracy z powodu „niewłaściwego” pochodzenia społecznego. Sprowadził też ze Związku Sowieckiego „doradców” - ponad 20 generałów i wielu wyższych oficerów, pozwalając później na to, że zastępowali ich oficerowie z życiorysami innej nacji.

            Przede wszystkim jednak ponosi poważną część odpowiedzialności za śmierć wielu ludzi w czerwcu 1956 roku.

            Odwołany ze stanowiska i z wielu poważnych funkcji w dniu 8.XI.1956 roku, Rokossowski wyjechał do Moskwy i nigdy do Polski nie powrócił. Zmarł w roku 1968 w Moskwie. Pochowano go w murze kremlowskim, wbrew jego woli.

            Jego siostra Helena mieszkała stale w Warszawie.Ojciec spoczywa na warszawskim Cmentarzu Bródnowskim.

            Rokossowski był wielkim dowódcą, gorszym politykiem i człowiekiem o niezdecydowanej przynależności narodowej. Motał się pomiędzy polska i rosyjską nacją. Był też człowiekiem epoki, w której przebijały – przynajmniej ze strony Związku Sowieckiego – imperialne zapędy.

            Może musiał wykonywać rozkazy, trzymać się linii politycznej, ale…będąc świadomym swych czynów, nie musiał decydować o życiu wielu Polaków i uczestniczyć w ich martyrologii.

            I tym samym przekreślił siebie jako Polaka i jako szlachcica. Wyszedł poza etos…

            Nakreśliłem w wielkim skrócie dwa biogramy, dwa „prawie” polskie życiorysy. Na pewno przez los skrzywione i wynaturzone, co zrozumieć można. Nie można jedynie zrozumieć pobudek, jakimi się obie te postacie kierowały w stosunku do zniewolonych – w obydwu okresach – Polaków. Wszak wywodzili się z tej ziemi…

            Obydwie te postacie Krupskiego i Rokossowskiego wiele dzieli i wiele łączy. Przede wszystkim dzieli ich epoka, a łączy obojętny los ich współbraci. I może lepiej by było, aby Rokossowski – choć zwycięski w wojnie marszałek – kamienie w Grójcu łupał. Kto jednak wie, jakby potoczyły się wówczas losy Polski i Europy, gdyby nie owe genialne posunięcia strategiczne Rokossowskiego pod Stalingradem i Kurskiem?

            Ironią losu jest to, że Rokossowski – wzorem carewicza księcia Konstantego – był formalnie namiestnikiem sowieckim w Polsce.

            Nie ma mocnych na historię.