26.07.2017
<< wstecz

Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

            Albańczyk z... Lewiczyna


       Lewiczyn – wzmiankowany już w roku 1310 roku - to urokliwa wieś parafialna w gminie Belsk Duży, położona wśród sadów rozłożonych na okolicznych wzgórzach nad rzeką Kraską, w odległości około 7 km na południe od Grójca, przy starym trakcie handlowym wiodącym z Warszawy do Krakowa.

I może nie wyróżniałaby się ona spośród innych sąsiednich i podobnych, gdyby nie piękny modrzewiowy kościołek, wynoszący się finezyjną sygnaturką,  posadowiony na okazałym pogórze w centrum wsi.

A trzyma się tam mocno, bowiem jak głosi miejscowa legenda, próbowano go pierwotnie wznieść na sąsiednim – widniejącym od zachodu – wzgórzu, na miejscu średniowiecznego grodziska - okolonego rzeczkami Kraska i Młynarką -  ale… po każdej próbie, jakieś nieziemskie siły przenosiły budowlę w miejsce, na którym się teraz wspiera. Działo się to zapewne za sprawą samej Matki Bożej Lewczyńskiej – patronki kościoła - która upodobawszy sobie to miejsce, od lat na swój lud spogląda z wysokości ołtarza, w swoim już Sanktuarium.

Mieszkańcy wdzięczni są zapewne patronce, bo chyba i za jej też sprawą, wieś uniknęła unicestwienia. Przed wiekami – jak głosi kolejna legenda – miała tu miejsce wielka bitwa, toczona pomiędzy broniącymi wsi książęcymi wojami, a zakutymi w stal najeźdźcami. Bitwa była nierówna, nieprzyjaciół było wielu i  obrońcy tracąc siły, powoli pole oddawali. W pewnym momencie przytomny widać dowódca, rozkazał  wykonać manewr okrążający wroga z lewej strony. Zamysł okazał się  taktycznym majstersztykiem i wróg pokonany został. Od tego też czasu, na pamiątkę owego manewru – czynu, jak powiadali – wieś Lewiczynem zwać poczęto.

Ile w tym prawdy, trudno powiedzieć, ale… coś w tym chyba być musi, bowiem od lat Lewiczyn wielka sławą się cieszy i  od wieków co roku licznych tu pątników gości, przybywających do sanktuarium w poszukiwaniu pociechy i łask wszelakich, których też zresztą Lewczyńska Pani nikomu nie żałuje, bo kult jej daleko poza Grójeckie wychodzi…. Tym bardziej, że portret  patronki podobno sam św. Łukasz malował…

Może więc dalej żyła by wioska swoim odwiecznym rytmem, gdyby nie… ano właśnie. I teraz należy podjąć opowieść, jakby wyjętą ze słynnych „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Kto wie, może i  w tym coś jest, a jest na pewno, bowiem opowieść o której dalej, rozpoczyna się w odległej, egzotycznej dla Polaków i orientalnej, już południowo – wschodniej Europie.

Co wiązać może środkowo – europejski Lewiczyn, z owym egzotycznym Orientem? A wiąże i to wiele…

W północno – zachodniej części przykościelnego cmentarza, wznosi się  wyrzeźbiony w piaskowcu okazały kanelowany obelisk, zwieńczony urną, nakrytą wschodnim kwefem.

Wyrzeźbiony ręką widać doświadczonego artysty napis głosi, że tu spoczywa Łukasz Antoni Crutta, zmarły w 1812 roku w Lewiczynie, jego córka Eliza zamężna Bedlińska, generałowa, zmarła w 1799 roku, oraz  Wojciech Piotr Bedliński, generał – adiutant Komisji Wojskowej Koronnej i radca województwa mazowieckiego, zmarły w roku 1822. Nad epitafijnym napisem widnieje precyzyjnie rzeźbiony herb własny Cruttów i Wieniawa Bedlińskich.

Kim był ów mężczyzna? Co związało go na wieki z Lewiczynem?

Dwieście lat minęło, okrągła rocznica obyła się niestety bez fanfar, okazjonalnej mszy i medialnego szumu, a przecież ów Crutta, to persona wielkiego formatu, która mogłaby być patronem nie tylko lewiczyńskiej szkoły. Zasług jego dla Rzeczypospolitej, starczyłoby dla pokaźnego grona zainteresowanych. Tych zaś nie było, bo… zabrakło informacji o tym wielkim i zasłużonym dla Polski cudzoziemcu.

Antoni Łukasz Crutta urodził się w 1727 roku. Niektóre źródła podają, że był Wenecjaninem, co być może z prawdą się nie mija, bowiem wiele ówczesnych rodzin było kosmopolitycznymi. Wydaje się jednak, że wywodził się ze starego albańskiego, szlacheckiego rodu Kruta, wzmiankowanego gniazdach Kakariq Krut i Krut Kakariq już w roku 1416, a położonych w chorwackim dziś Zadarze.  Przedstawiciele tej katolickiej rodziny,  zasłynęli w wojnach z Turkami (Franciszek Krut), a ich liczne epitafia zdobią kościół w Zadarze. Wiele też z nich mieszkało we Włoszech, pełniąc służbę w Marynarce Wojennej i w wielu poważnych urzędach publicznych Republiki Weneckiej.

Zapewne też z jednej z osiadłych w Wenecji rodzin Krutów, pochodził Antoni Łukasz. Ojciec był beż wątpienia Albańczykiem, zapewne Arbareshem, matka była Włoszką. On sam zawsze podkreślał swoją albańską narodowość. Dobre wykształcenie, znajomość polityki i gospodarki państw Europy Południowej, oraz języków orientalnych: tureckiego, perskiego, arabskiego, itp. nabyte w czasie licznych jego podróży i służb, umożliwiały mu podejmowanie wielce odpowiedzialnych przedsięwzięć, zlecanych przez ówczesnych wielkich a możnych, w tym także władców licznych wówczas państw i księstw.

Sława jego rosła i rosło także zapotrzebowanie wielu na jego i jemu podobnych wiedzę, bowiem w okresie dość aktywnych relacji z Orientem – zwłaszcza w XVI – XVIII wieku – niezbędnymi w utrzymywaniu stosunków międzynarodowych, były osoby znające języki wschodnie, zwani w owym czasie dragomanami. Tak w kręgu Bizancjum i ba Bliskim Wschodzie zwano tłumaczy i – w szerszym znaczeniu – przewodników i pośredników między mieszkańcami Orientu a cudzoziemcami. Z reguły byli to Europejczycy zamieszkali w Turcji i krajach ościennych, oraz Ormianie, Karaimi Tatarzy i inni. Ludzie Ci byli niezbędni polskim władcom, oraz prowadzącym działania wojskowe hetmanom, posłom jak i handlowcom, którzy mieli świadomość tego, że do właściwych kontaktów niezbędna jest poważna wiedza i doskonała znajomość języków. Pierwszymi polskimi dragomanami byli pochodzący z Armenii: Szymon Donabiedowicz, Zachariasz Krzysztofowicz (1730) i jego następca Mikołaj Czerkies. Byli to ostatni wywodzący się z pogranicza tłumacze. Kolejnymi byli już bardziej wykształceni i osadzeni na dobrze płatnych urzędach specjaliści.

Sytuację taką wymusiła wielka reforma administracyjna, wywołana przez Czartoryskich po zgonie króla Augusta III, która kontynuował jeszcze Stanisław August Poniatowski.

Zatrudnianie dragomanów było niezbędne, bowiem narody Wschodu skutecznie broniły się przed znajomością obowiązującą dyplomację europejską – łaciną.

W czasach bezkrólewia funkcję tłumacza języków wschodnich pełnił w Warszawie Lewantyńczyk – Antoni Saadet. Okazało się jednak, że nie posiada on odpowiednich kwalifikacji i w związku z tym wydalono go ze służby, angażując na jego miejsce w roku 1765 Antoniego Łukasza Cruttę, z gwarantowanym mu uchwałą sejmową uposażeniu w wysokości 600 czerwonych złotych polskich rocznie.

Rodzina Cruttów była – o czym wyżej – znana w Albanii. Był katolikiem, albańskim Włochem i prawdopodobnie poddanym weneckim Niekiedy uważano go za Toskańczyka, co zresztą nie zmienia faktu, że był związany z Włochami.

Profesję swoją przejął po ojcu, bowiem ta zwykle rodzinną była, jako wymagająca stałego treningu, przejmowania kontaktów i dość intratna. Źródła potwierdzają, że już w roku  1847 był tłumaczem, a następnie kanclerzem konsulatu weneckiego w Larnace na Cyprze. Do Polski – zaangażowany przez  Boscampa – przybył w listopadzie 1765 roku, osiadając w Warszawie.

Crutta znał doskonale wiele języków, w tym: ormiański, turecki, tatarski, perskim i arabski. Biegle posługiwał się łaciną, greką, francuskim, włoskim i… zapewne polskim. Doskonale poruszał się wśród zawiłości i kwiecistych zwrotów języka dyplomacji Wschodu. Powierzano mu do tłumaczenia  na łacinę, wiele ważnych dzieł i dokumentów wschodnich z archiwum Rzeczypospolitej i przydzielano do wielu ważnych poselstw, m.in. poselstwa tureckiego Nauman – beja w roku 1777. Tylko on był upoważniony do bezpośrednich tłumaczeń przy królu, ministrach, marszałku i przed nimi sprawozdania składał. Cieszył się wielkim szacunkiem. Zdaje się, że dzięki jego udziałowi w rokowaniach. Polska uniknęła uczestnictwa w wojnie rosyjsko – tureckiej podjętej w roku 1768.

Swoją pracą oddał wielkie przysługi Rzeczypospolitej, związał się z nią i przez lata traktował jak swoją ojczyznę. Wdzięczna Rzeczypospolita indygenowała go na sejmie w Warszawie w dniu 18. XII.1775 roku, nadając mu tym samym szlachectwo polskie. Szlachectwo albańskie potwierdził Crutta w roku 1710 przez Antoniego Baba, biskupa Skutari, w oparciu o dokument Jerzego Theodora biskupa Sardy i Sappy w Albanii z roku 1701, za zasługi dla Republiki Weneckiej.

W dniu 26.II.1778 roku przyznano mu tytuł konsyliarza legacyi zagranicznych.

Historia kontaktów polsko – albańskich rozpoczyna się w XV wieku. P zgonie króla Władysława Jagiełły w roku 1434 na tronie polskim zasiadł jego syn, niespełna dwudziestoletni Władysław III, który z racji koligacji rodzinnych, został także w roku 144o królem Węgier. Uwikłany przez papieża w wojnę polsko – turecką,  zginął w roku 1444 pod Warną. Brak ciała króla na polu bitwy, uznano za jego dezercję. Krążyły pogłoski – nie tak znowu bezpodstawne – że widziano go w Wenecji, Siedmiogrodzie, Serbii, na atlantyckich wyspach portugalskich a nawet w…Albanii!

Sytuacja ta spowodowała ponad pięcioletnie bezkrólewie w Polsce, bowiem zgodnie z obowiązującym prawem, tyle wynosił okres czasu, aby króla uznać za zmarłego.

Sprawą tą  zajmowało się wielu, ostatnio zaś pracuje nad tym prof. Jerzy Hauziński, który w swojej pracy pt.: „Faktor albański a krucjata warneńska”, wydanej przez Baltica Posnaniensia w roku 1997, porusza te zagadnienia.  W każdym razie, to wielka zagadka i… co w tym jest.

Polakom interesującym się tym zagadnieniem, znana była walka Albańczyków z tureckim jarzmem i waleczne czyny Skanderbega. Już w roku 1773 w Wilnie, Fulgenty Kamieński opublikował swój wiersz dydaktyczny pt. „Wojny greckie z Portą Otomańską, dzielnością Jerzego Kastryota Xsiążęcia Albańskiego przezwanego Skanderbek wsławione”.

Znaczne oddalenie Albanii od Polski, a także wieloletnie panowanie tam Turków, uchodzących do końca XVII wieku za wrogów Polski, powodowało brak wzajemnych kontaktów, które pojawiły się dopiero w XIX wieku.

Po rozbiorach osiadł Crutta  w dobrach swojego zięcia Wojciecha Piotra Bedlińskiego herbu Wieniawa - generał – adiutanta Komisji Wojskowej Koronnej i radcy województwa mazowieckiego, zmarłego w roku 1822, dziedzica Lewiczyna pod Grójcem. Był on żonaty z Elizą, córką Antoniego Łukasza Crutty, zmarłą w Lewiczynie w dniu 7.V.1799 roku. Urodziła się ona  17.I.1760 w Larnace, ówczesnej stolicy Cypru z matki Greczynki. – Marii, która - wg legendy - ród swój wywodziła od cesarzy Wschodu  – Paleologów. Ślub ich miał miejsce w dniu 10.VIII.1787, po udzieleniu jej -  przez biskupa Okęckiego – dyspensy, w mieszkaniu  Antoniego Łukasza. Była to niezwykle skromna uroczystość, spowodowana śmiercią matki Elizy. Ciekawostką jest to, że nominalnym ojcem chrzestnym jej pierworodnego syna był król Stanisław August Poniatowski,  któremu to Antoni Łukasz  Crutta towarzyszył – po abdykacji – w Grodnie.

Po rozbiorach aparat dragomanów uległ likwidacji. Tłumaczom płacono do końca sierpnia 1793 roku, by następnie przejść na służbę rosyjską. Antoni  Łukasz otrzymywał pobory jeszcze w czasie Powstania Kościuszkowskiego.

Niespodziewana  śmierć córki, załamała Cruttę. Do końca życia pozostał w Lewiczynie, mieszkając w niewielkim domku porośniętym kwiatami, wierny swojej manierze noszenia ubrań orientalnych. Lubił majsterkowanie, prowadził korespondencję i spotykał się sąsiadami, dla których ułożył śpiewaną przez lata pieśń religijną.

Zmarł w dniu 11.VI. 1802 w Lewiczynie, spoczywając na przykościelnym cmentarzu parafialnym. Istniejący do dziś nagrobek, wystawił mu w roku 1830 wnuk Antoni Bedliński.

Nie jest to jedyny wątek Cruttów w Polsce. Aby dopełnić obrazu rodziny, należy wspomnieć, że równie aktywnym na tym polu, był brat Antoniego Łukasza – Piotr Crutta (1735 – 1797). Także zaangażowany na służbę  dla Rzeczypospolitej przez Boscampa, przybył do Warszawy w roku 1765, też z Cypru, protegowany przez  posła angielskiego Abbotta. Podjął obowiązki tłumacza przy pozostającym w Stambule polskim agencie Everhardcie i zarządzał założoną tamże przez króla Stanisława Augusta Polską Szkołą Orientalną. Był typowym wówczas agentem wywiadu, czym naraził się przełożonemu. Spowodowało to zadrażnienia, zakończone  odejściem  Piotra Crutty w roku 1767 ze służby polskiej i przejście do służby w ambasadzie angielskiej, na której pozostawał prawie ćwierć wieku. W roku 1792 Piotr znów został dragomanem polskim, zyskując poważne uznanie, nie bez udziału zapewne brata Antoniego Łukasza z Warszawy. Insurekcyjny rząd powstańczy wysłał go do Stambułu, gdzie jeszcze w roku 1795 po upadku Powstania -  współdziałał z emigracyjnymi emisariuszami, dozorując pałac byłej ambasady polskiej i opiekował uchodźcami i rozbitkami z polskich legionów wołoskich., przechodząc następnie do służby francuskiej. Zamarł podczas epidemii  jesienią 1797 roku. Jego syn był „jeune des langues” angielskim, potem francuskim.

Kolejnym bratem Cruttów był Aleksander pozostający na służbie rosyjskiej.

I na tym i na ww. zakończyła się dragomańska epoka Cruttów w Polsce. To, że byli z Polska związani i oddali  jej wiele usług, stawia ich w rzędzie ludzi Rzeczypospolitej zasłużonych. Większość życia spędzili w podróżach, nie zawsze bezpiecznych, wśród niewygód i życiowej niepewności. Ich zasług nie da się przecenić, zaś to, że – jak Antoni Łukasz – związali się z Grójeckiem, jest dla choćby Lewiczyna nobilitującym.

I kto by pomyślał…? Orient w Lewiczynie!

No… nie tylko. Wspomniane wyżej poselstwo Nauman – beja ulokowano w… Piasecznie pod Warszawą. Prowadzone przez niego z dyplomatami Polski rozmowy, tłumaczył Antoni Łukasz Crutta. To – wg legendy – propozycja Crutty, aby zawierany układ dla Polski korzystny zagwarantować, spowodowała, że na piaseczyńskim ratuszu złoty półksiężyc umieszczono.

Pozostała jeszcze jedna zagadka.  Kiedy i gdzie zmarła Maria, żona Antoniego Łukasza Crutty i gdzie jest pochowana?