26.07.2017
<< wstecz

Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

Z klawiaturą w herbie

 

W 1987 roku Leonard Bernstein w swoim nowojorskim apartamencie, o godz. 10.oo włączył radio. Usłyszał sonaty Scarlattiego. Słuchał z coraz większym zainteresowaniem; chociaż znał prawie wszystkie nagrania, tych nigdy nie słyszał. Nowojorskie radio nie podało nazwiska wykonawcy. Zaintrygowany, natychmiast zadzwonił do wydawcy programu, który stwierdził, że nie transmitowano żadnej płyty Scarlattiego. Zdumienie Bernsteina przeszło w irytację.

Zaczął się zastanawiać, czy miał halucynacje, może to był sen, a może po prostu zwariował? Zadzwonił do swego sekretarza, Harrego Krauta i polecił mu przeprowadzenie „dochodzenia". Okazało się, że rzeczywiście radio transmitowało Scarlattiego, ale przez przypadek, żeby „zatkać dziurę" między programami. Redaktor wziął pierwszą z brzegu płytę...

A kim był wykonawca? Tego nie wiedział nikt...

 Po długich poszukiwaniach - kolejne zdumienie. Pianista nazywał się Marek Drewnowski. Bernstein nigdy nie słyszał tego dziwnego, słowiańskiego nazwiska. Pomyślał, że to musi być pianista polski, zapewne stary profesor „studioso", który poświęcił życie muzyce baroku. Polecił go odszukać.

Harry Kraut zwrócił się do jedynej wówczas agencji artystycznej w Polsce - Pagartu. Pagart odpowiedział, że zna Drewnowskiego, nie wie gdzie on przebywa, ale postara się go odnaleźć. I znalazł…w Rzymie.

 Kiedy Marek Drewnowski otrzymał telegram od Pagartu, że interesuje się nim sam Bernstein i prosi o kontakt, też pomyślał, że ma halucynacje. Zaczął wydzwaniać do przyjaciół, przekonany iż to jakiś żart. Emocje osiągnęły apogeum po rozmowie z Harrym Krautem, który potwierdził, że…Maestro zaprosił pianistę na spotkanie w mediolańskiej La Scali.

Bernstein wystawiał tam swoją operę

 

 

“A Quiet Place

and Trouble in Tahiti".

Drewnowski przyjechał do Mediolanu. Kraut wyszedł przed teatr i ku swemu zdumieniu, ujrzał młodego człowieka w letniej koszulce, jeansach i z walizką w ręku...

Zaprowadził go do Mistrza. Ten, również zaskoczony, przedstawił wszystkim swoje „odkrycie". Zaprowadził speszonego pianistę (ten stale z walizką) do najbliższego „camerino" z pianinem i kazał mu grać.

         Drewnowski wykonał kilka sonat Scarlattiego i walców Chopina. Leonard Bernstein, tłum zaciekawionych muzyków, personel teatru i przypadkowa publiczność zgotowali pianiście prawdziwą owację.

I tak zaczęła się prawdziwa kariera młodego Marka...”

Drewnowscy to stara polska rodzina szlachecka przynależna do herbu Junosza, a wywodząca się z gniazda Drewnowo w łomżyńskiem, gdzie wzmiankowano ich w 1585  roku.

Wywodzą się z Doleckich, rodziny drobnej szlachty idącej z Dolecka pod Rawą Mazowiecką, wzmiankowaną w dokumentach już w roku 1395. Jan z Dolecka kupił w roku 1450 od Bolesława księcia Mazowieckiego, 50 włók gruntu. Osiadając w Przydanowie vel Drewnowie w dawnej Ziemi Nurskiej - dziś w gminie Boguty – Pianki w powiecie ostrowsko – mazowieckim województwa mazowieckiego -  przyjął nazwisko Drewnowski, od nazwy zakupionych dóbr, ale… jeszcze w roku 1761 Florian – podwojewody nurski – pisał się: Florian  z Dolecka Drewnowski.

Dobra te przez lata dzielone i przekazywane z posagami, rozdrabniano, tworząc odrębne już miejscowości o nazwach: Drewnowo – Daćbogi (1783), Drewnowo – Dmoszki (1519), Drewnowo – Gołyń (1520), Drewnowo – Lipskie ( 1578) i Drewnowo – Ziemski (1783).

Zacna ta rodzina wydała wielu  znanych w dziejach a osiadłych na Mazowszu, Podlasiu, Galicji i Rusi rycerzy, polityków i pełniących odpowiedzialne urzędy ziemskie. Byli wśród nich podwojewodowie: Jan – lubelski 1620, Tomasz – 1642, oraz liczni: sędziowie, starostowie (m.in. sulejowski), miecznikowie, sędziowie, cześnicy, komornicy, tudzież duchowni,  wojskowi (m.in. Kazimierz generał - adiutant królewski – 1779), posłowie na Sejmy   i elektorowie królewscy.

 W różnym okresie  czasu rodzina posiadała wiele dóbr, m.in.: Zaremby – 1775, Jemielite – 1786, Kamieńczyk – Ryciorki, Nur w mazowieckiem i Narew  w podlaskiem, Oryszykowice pod Żydaczowem, Starą i Nową Jakać, Pstrągi część Rogowa na Mazowszu, Hołowczyce i Bielikowice, Sleżany, Leków, także Skarbonosze pod Chełmem i wiele innych.

Od połowy XIX wieku większość rodzin tego rodu – z uwagi na postępujący a rozwijający się kapitalizm - spauperyzowała się i migrowała po rozległych terenach ówczesnej Rzeczypospolitej, imając się różnych zajęć. Realia życia były bowiem bezlitosne.

Osiedlając się z dala od rodowego gniazda, wielu Drewnowskich zapominało o swoim pochodzeniu. Nawet jeśli pamiętali i z szacunkiem odnosili się do swojej rodowej a historycznej przeszłości, były to zaledwie jej  echa.

Obecnie w Polsce nazwiska Drewnowski używa 1289 osób. Najliczniej wzmiankowani są w okolicach Warszawy – 257, Łomży – 187, Białegostoku – 169, Konina – 69  i Łodzi 48 osób.

Jaki więc związek ma z nimi Grójeckie?

W 1940 roku osiadł w Goszczynie wraz z rodziną, przybyły tu z Warszawy Jan Drewnowski, podejmując obowiązki organisty w miejscowym kościele parafialnym i nauczyciela muzyki w szkole. Wraz z nim osiedlił się tu również jego brat Stanisław - filolog polonista – z rodziną, wzmacniając tym samym lokalne grono nauczycielskie.

Powodem tej przeprowadzki były zapewne warunki istniejące wówczas w okupowanej stolicy. Ulokował więc pan Jan żonę z dwójką dzieci w organistówce i…grał. Tak zresztą zapamiętale oddawał się muzyce, że…nie zauważył, iż równocześnie oddala się od niego… urodziwa żona, która wraz z dziećmi odjechała w dal siną w objęciach miejscowego proboszcza.

To była sensacja!

Cóż… czas leczy rany i w roku 1945 przystojny a utalentowany organista poślubił w Goszczynie równie urodziwą – a może bardziej od poprzedniej - Ireną Dzwonek, córkę Wincentego i Wiktorii Szymańskiej, zamieszkałych tamże.

Po zawarciu związku małżeńskiego Drewnowscy zamieszkali w Kołobrzegu. I tu w dniu 21 października 1946 roku urodził się późniejszy maestro – Marek.

Po latach Jan i Irena z Dzwonków Drewnowscy, u kresu życiowej peregrynacji, mieszkając w podhajnowskich Ańcutach - spoczęli w rodzinnym grobowcu na cmentarzu parafialnym w Narwi - miejscowości położonej w powiecie hajnowskim, województwa podlaskiego - niedaleko od  rodowego gniazda w Drewnowie, wokół którego od wieków się osiedlali, zamykając tym samym ową powojenną „wędrówkę ludów”.

Dzieciństwo i młodość Marka upływały pomiędzy miesiącami nauki w szkołach, a wakacjami spędzanymi u dziadków w Goszczynie. Lata później, kiedy osiągnął maestrię, nie zapomniał o bliskim mu Goszczynie i w roku 1989 zakupił od Skarbu Państwa piękny – aczkolwiek zdewastowany – dwór w niedalekim Dylewie. I od tej pory rozpoczął się „grójecki” okres w życiu muzyka.

Marek – inspirowany przez ojca -  rozpoczął naukę gry na fortepianie już we wczesnym dzieciństwie. Studia muzyczne podjął w warszawskiej Akademii Muzycznej u znanych pedagogów: Ryszarda Baksta i Zbigniewa Drzewieckiego. Po zgonie tego ostatniego, osiadł w Krakowie, gdzie ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w klasie Jana Hoffmana. Kształtowanie muzyczne kontynuował w Rzymie i Paryżu.

Drewnowski - po nagraniu owych dwunastu sonat Domenico Scarlattiego w roku 1975 - „odkryty” przez Leonarda Bernsteina,  występami z Boston Symphony Orchestra w Tanglewood, rozpoczął międzynarodową karierę muzyczną.

Występował w największych salach koncertowych świata, w tym włoskiej La Scali, wielu europejskich stolicach, Stanach Zjednoczonych, Bliskim i Dalekim Wchodzie, Japonii, Indiach i Korei, oraz Ameryce Południowej i Afryce.

Wraz z Leonardem Bernsteinem, Barbarą Hendricks, Hermannem Prey i Liv Ulmanem, koncertował w roku 1989 na uroczystym koncercie w Warszawie, poświęconym 50 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i transmitowanym przez większość stacji telewizyjnych świata.

Jest wykonawcą wielu znakomitych utworów znanych światowych kompozytorów, m.in.: Carla Marii von Webera,, Aleksandra Tansmana („II Koncert Fortepianowy”), czy Karola Szymanowskiego („Symfonia koncertowa”), Stefana Kisielewskiego („Koncert fortepianowy”) i Witolda Lutosławskiego, tym samym wiążąc się z muzyką polską XX wieku.

Jednak ulubionym kompozytorem Drewnowskiego jest Fryderyk Chopin, któremu poświęcił wiele lat, propagując jego kompozycje i dokonując wielu nagrań.

W latach 2007 – 2012 nagrał wiele dzieł Chopina i 550 sonat Domenico Scarlattiego, zaś w jego dorobku znajduje się mnóstwo innych, nowatorsko opracowanych utworów wielu światowych sław muzycznych.

Artysta  zdobył wiele prestiżowych nagród i był wielokrotnie odznaczany, w tym -  w 1991 roku - prestiżową Nagrodą Krytyków Muzycznych Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków (SPAM) – „Orfeusz”.
         Wystąpił też w roli Fryderyka Chopina w filmie „Koncert Chopina” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego i „Oczarowanie Fryderyka” w reżyserii Izabeli Cywińskiej, filmu powstałego z okazji Roku Chopinowskiego w roku 1999.

Jest twórcą festiwalu im. Józefa Hoffmana i założycielem orkiestry kameralnej The Chopin Solists, a także cenionym pedagogiem. Prowadzi bowiem klasy fortepianu w Schola Cantonum  w Paryżu i w Akademii Muzycznej w Łodzi.

Założył Fundację Hoffmana – którą zarządza – podejmując się wydania części edycji „Dzieła Wszystkie Chopina”. Jest również jedynym muzykiem, który nagrał wszystkie etiudy Fryderyka Chopina.

Jest także jednym z najbardziej wybitnych polskich pianistów i ma bez wątpienia przeogromny udział w rozwoju polskiej sceny muzycznej.

W latach 1991 – 1993 organizował w Dylewie Happeningi Muzyczne, w których uczestniczyło wielu znanych i światowej klasy muzyków. Jeden z nich prowadził sam Wojciech hr. Dzieduszycki. Były to wielkie wydarzenia muzyczne w regionie, a Dylew gościł wówczas wielu grójeckich – i nie tylko – melomanów.

Imprezę tę przeniósł Drewnowski w roku następnym do Nałęczowa, ale… jest nadzieja, że powróci ona niebawem – oby na stałe – do Dylewa.

Artysta mieszkając i pracując za granicą, kilka miesięcy w roku spędza w Dylewie, w którym podejmuje wielu znakomitych ludzi i nie tylko z Polski. I choć związany jest z Grójeckiem od dzieciństwa, a na stałe w regionie tkwi prawie ćwierć wieku, to nigdy od władz gminy, powiatu czy szkół okolicznych nie otrzymał propozycji spotkania czy koncertu.

I choć jest też dziedzicem i mecenasem dylewskiego dworu, owej architektonicznej i historycznej perełki i jednym z największych współcześnie ludzi regionu,  znajduje się poza zasięgiem zainteresowania lokalnych notabli i tzw. ludzi kultury.

Coś więc w tym jest. Tylko co?

No cóż, już sam Stanisław Jachowicz przed laty powiedział:

Cudze chwalicie, swego nie znacie,

Sami nie wiecie, co posiadacie.”