26.07.2017
<< wstecz
 

„Okolica” – nr 7(15) z 14.07.2001 str. 12. Artykuł Andrzeja Zygmunta Rola -  Stężyckiego pt. „Zapomniana nekropolia”

 
 
 

ZAPOMNIANA NEKROPOLIA

 
 
 

Biskupice to wioska położona w odległości 1 km na północny wschód od Wrociszewa w gminie wareckiej. Jej niezbyt stary rodowód wywodzi się z niegdysiejszej przynależności do diecezji poznańskiej, bowiem ziemie te stanowiły jedną z najbardziej odległych rubieży owej jednostki administracji kościelnej.
Nie zasiedlone obszary wokół dóbr parafialnych nazywano biskupicami, jako że stanowiły własność biskupów poznańskich. Ci wydzierżawiali je, licząc na profity i tak też było. I być może stan ten trwałby do dziś, gdyby nie przewrotność losu, który w tym przypadku  zupełnie zmienił obraz tej ziemi. Powstanie Styczniowe 1863 roku - jak wiele polskich prób pozbycia się zaborców - zakończyło się klęską. Fakt ten miał przez dziesięciolecia niewątpliwie przeogromny wpływ na psychikę polskiego społeczeństwa. Próbowali to i skutecznie zresztą wykorzystywać zaborcy, stosując różnorodne metody i nie przebierając w środkach.
W 1868 roku ukaz carski spowodował kasatę wielu klasztorów i konfiskatę większości majątków kościelnych. Te nadawano zasłużonym dla reżimu różnym dygnitarzom, powodując tym samym nie tylko zmianę orientacji i zwyczajów, bowiem te represyjne przecież działania skierowane były przede wszystkim na odwrócenie uwagi ludności polskiej od kościoła katolickiego i jego przedstawicieli. Ci bowiem o owych czasach stanowili ostoję polskości i patriotyzmu. I niestety działania te odnosiły zamierzony skutek.
Biskupice jak wiele im podobnych obszarów, podzieliły los większości parcelowanych latyfundiów kościelnych. Na terenach tych poczęto osadzać  przesiedlanych tu z głębi Rosji kolonistów i nie zawsze zgodnie z ich wolą. Wśród kilkudziesięciu osiedlonych tu rodzin, migrujących zresztą aż do lat pięćdziesiątych XIX wieku, wrosły w tę ziemię rodziny Bondarewów, Trypolonów, Żełtonosów, Wysockich, Chodorowiczów, Jakowów i Kałasznikowów.
Z biegiem lat ich przedstawiciele polonizowali się, a wielu z nich stało się polskimi patriotami związanymi ze swoją małą ojczyzną na zawsze. Służyli w Polskim Wojsku i byli obywatelami Rzeczypospolitej. Mimo przywiązania do swojej nowej ojczyzny i dziesiątek lat służby dla niej, zachowali swój język, tradycje, wyznanie i obyczaje. Wszyscy bowiem bez wyjątku byli wyznania prawosławnego. Ostatnimi osadnikami we wsi byli przybywający tu uciekinierzy rosyjscy w okresie porewolucyjnym w 1918 roku.
W końcu XIX wieku w samym centrum wsi nazwanej Nowymi Biskupicami, wybudowali piękną, niewielką, drewnianą cerkiew, przy której znalazło się miejsce na szkołę administrowaną przez  warszawską parafię prawosławną pw. Św. Marii Magdaleny i lokum dla miejscowego batiuszki popa. Zarówno cerkiew jak i szkoła podlegały wspomnianej już parafii w Warszawie. Tam również prowadzone były akta metrykalne.
Tuż na granicy wsi od jej północnej strony, na niewielkim żwirowym pagórze porośniętym sosnami wśród głogów, usytuowali miejsce wiecznego spoczynku dla tych, którzy związali się z tym miejscem na zawsze.
Po latach, kiedy rdzennie rosyjska ludność poczęła wymierać, cerkiew podupadła i pop się też gdzieś zawieruszył. Na czas świąt i nabożeństw do wsi przyjeżdżał duchowny z Warszawy.
W 1958 roku cerkiew została zamknięta, zaś wyposażenie w części przewieziono do parafii prawosławnych na Dolnym Śląsku. Resztki przejęli parafianie jako pamiątki. Część zaś po prostu zaginęła. W czas jakiś potem z niewyjaśnionych dotąd przyczyn, cerkiew spłonęła. Dom popa usytuowany nieopodal cerkwi na skraju wsi, popadł w ruinę. Nie pozostał po nich nawet ślad…
Miejsce gdzie wznosiła się ta świątynia okalają dziś wiekowe już, rozłożyste lipy otulające granitowe głazy z przyziemia cerkwi.
Dzieje tej prawosławnej parafii są tyle niezwykłe, co przecież egzotyczne. Cerkiew w grójeckim, regionie położonym w centralnej Polsce, to przecież niezbyt codzienne zjawisko.
Pierwszą świątynię tego wyznania ulokowano w połowie XIX wieku w…koszarach carskich w Grójcu, wzniesionych dla zakwaterowania tam oddziału Kozaków, zabezpieczających prawomyślny, bo carski system w okupowanej wówczas Polsce.
Koszary te wzniesiono u zbiegu dzisiejszych ulic Armii Krajowej i Szpitalnej, niegdyś zwanych Radomską i Starowarszawską. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku w budynkach tych znalazło siedzibę gimnazjum grójeckie im. Piotra Skargi, a dziś mieszczące tam Szkołę Podstawową nr 3. Sama cerkiew usytuowana była w obszernej nawie, która dziś znacznie obniżona, służy za salę gimnastyczną szkoły. Mieszkanie popa mieściło się w piętrowym, najbardziej okazałym fragmencie zabudowań, stanowiącym główną fasadę budowli. Mieścił się tam również sztab jednostki. Pierzeja budynku przylegająca do ul. Armii Krajowej, stanowiła właściwe koszary, zaś  druga już w części nie istniejąca a przyległa do ul. Szpitalnej, to dawne przy koszarowe stajnie.
Służbę w tej jednostce pełniono według obowiązującego wówczas regulaminu, przypisując do niej zasłużonych oficerów, którym to w najbliższej okolicy nadawano ziemię. Ta przemyślna polityka zaborcy wiązała  z regionem niekiedy najbardziej oddanych carowi rdzennych Rosjan. Car zaś miał w tym przecież swój cel…
Wsią w której znacznymi połaciami ziemi władali Rosjanie, była także poddrwalewska wieś Wola Kukalska, zwana przez autochtonów Iwanówką. Tam osiadły m.in. rodziny: Chwałowych, Smirnowów, Trockich, Nieczajów, Wysockich i Kałasznikowów, których potomkowie do dziś tam żyją, dawno już zasymilowani. Wiele też obecnych polskich rodzin tam mieszkających, świadomych jest pokrewieństwa z ww. Jednym z osadników a raczej władających ziemią, był carski sztabskapitan Wiaczesław Trockij, oficer białej gwardii, który ziemię te wydzierżawiał okolicznym mieszkańcom.
Ci którzy w tę ziemię wrastali, przez długie przecież lata zachowywali język i wiarę swoich przodków. Parafia ich usytuowana była jednak w Biskupicach. Tu więc chrzczono w prawosławnym obrządku nowonarodzonych, tu zawierano małżeństwa i tu na biskupickim cmentarzu grzebano zmarłych. Do parafii tej należeli  również prawosławni mieszkańcy podmszczonowskiej wsi Skuły.
Nie lada wyczynu dokonywał Osip Ponomarczuk, który w każde większe święta prawosławne pieszo ze Skuł do Biskupic chadzał. A wsie te dzieliło prawie 40 km… 
Fakt, iż w Biskupicach właśnie znajdowała się cerkiew, znacznie podniósł rangę wsi Błagodatnoje (1938), jak nazywali Nowe Biskupice, no bo przecież nie byle jacy tu ludzie zewsząd się zjeżdżali. Najbardziej huczne były chrzciny, na których najczęściej dziewczętom nadawano imiona tradycyjne: Daria, Jewdokia, Wiera, Raisa, Wasilissa, Anisja, Wassa, Parfienia i Praskowia. Chłopcom zaś najczęściej przypadały imiona: Alosza, Artamon, Agapit, Grigorij, Igor, Jakow, Timofiej, Nikifor, Borys, Jemielian, Symeon, Siergiej i Władimir.
Śluby też zdarzały się huczne. Tu zamieszkały rodziny Lichowych, Żełtonosów, Bondarowów,  Wasilijewów, Trypolinów, Szerochowych, Moisijenków i Micinów. Jedną z najbardziej zamożnych rodzin byli Chodorwiczowie. Wiera Chodorowicz wyszła za mąż za znanego prozaika i literata związanego z tematyką wiejską, Józefa Mortona ur. 19.VII.1911 roku we wsi Chroberz w kieleckim. Autora wielu powieści i publikacji ukazujących swoistość i odrębność środowiska wiejskiego, wśród których „Spowiedź”, „Wawrzek syn Wawrzyńca”, „Inkluzowe wiano” i „Wielkie dni”, to dzieła liczące się wśród traktujących o problemach wsi.
Józef Morton lata okupacji spędził w Biskupicach, po czym likwidując posagowy majątek osiadł w Czarnolesie, gdzie był kustoszem Muzeum im. Kochanowskiego. Tę znaną przecież w literaturze polskiej postać, rzadko kto utożsamia z grójecczyzną, choć Morton spędził tu nie tylko lata okupacji.
Mieszkańcy wsi z biegiem lat polonizowali się, stawali się obywatelami Rzeczypospolitej, patriotami i służyli w polskim wojsku.  Wrastali w tę ziemię. To była ich mała ojczyzna, innej przecież nie znali. Jedynym łącznikiem z odległą już przeszłością był coraz bardziej archaiczny język, kultywowane obyczaje i…religia. Wszyscy bowiem wówczas byli bez wyjątku wyznania prawosławnego. Choć dokumenty metrykalne wystawiała parafia w Warszawie, to wszelkie ceremonie miały miejsce w biskupickiej cerkiewce. Tu centralizowało się życie kilku prawosławnych wsi.
Przy cerkwi istniała niewielka parafialna szkółka, w której  najmłodsi zapoznawali się z liturgią i pismem, jakże egzotycznym wśród Polaków z którymi żyć im przyszło. Zresztą Rzeczypospolita owych czasów to państwo wielonarodowościowe i pojęcie tolerancji pojmowane było właściwie, tradycyjnie przecież…
Czas zrobił swoje. Rdzennie rosyjska ludność poczęła wymierać, młodzi zaś asymilowali się wtapiając w polskie rodziny. Przejmowali tutejsze obyczaje i odchodzili od swoich korzeni. Cerkiew podupadła i coraz rzadziej pop tu zaglądał, dojeżdżając już z Warszawy. Ostatnim był batiuszka „otiec Innokientij”. Pozostało niewielu  pamiętających dawne czasy.
Na pewno jedną z nich jest już prawie dziewięćdziesięcioletnia Wasca Bondarow z domu Żełtonos, która zachowała już tradycyjnie wiarę przodków, choć jak sama powiada: „czuję się Polką, ale żadnego z miejscowych wyznań nie rozumiem. Używam języka swojego dzieciństwa tylko w modlitwie, choć i tak prawie go nie znam”.
Mąż jej Aleksander syn Szymona i Fabiany Kałasznikow był polskim żołnierzem. Zginął zamordowany w buchnwaldzkim obozie. Jego fotografia widnieje wśród stareeńkich ikonek ściśniętych w narożnym, domowym ołtarzyku. Wassa ma przynajmniej z kim porozmawiać…
Marzeniem jej życia była ekshumacja zwłok swoich przodków z „mogiłek” jak nazywa stary cmentarz i złożenie ich na cmentarzu parafialnym w Warszawie, gdzie też sama pragnie spocząć. Najlepiej byłoby jej na miejscowym cmentarzu, ale tu nikt by jej - jak powiada, - nie odwiedził .
Ostatnią wzniesioną tu mogiłą  jest miejsce spoczynku Anny Wysockiej, zmarłej 31.07.1981 roku. A więc są to nie tak znów odległe czasy. Napis na nagrobku sporządzono w języku polskim choć poniżej niezgrabnie, wypisano w języku rosyjskim: „Mir prachu Twajemu”.
Ostatnimi osadnikami we wsi byli uciekający przed bolszewikami Rosjanie w 1918 roku. Osiedlali się tu i wielu z nich w Biskupicach przeżyło II Wojnę Światową. Po zakończeniu działań wojennych przedstawiciele władz polskich i radzieckich wówczas, przeprowadzili akcję mającą na celu  powrót Rosjan do kraju przodków. Roztaczali przed nimi wizję nowego i innego świata. Wielu uległo. Pisali po latach do sąsiadów i krewnych, że wróciliby na choćby pieszo, gdyby tylko mieli taką możliwość. Kilku osobom udało się powrócić. Zatrzymywali się jako robotnicy najemni we własnych niegdyś a sprzedanych przez siebie gospodarstwach. I tak byli szczęśliwi…
Nieugiętym okazał się Kola Trypolin i rodzina Bondarowów, którzy kategorycznie odmówili wyjazdu. Przez wiele lat potem byli prześladowani. Oczywiście pozostało wiele innych rodzin, którym też wówczas lekko nie było…
Mieszkańcy Biskupic mimo wieloletnich związków z kulturą przodków, wrośli w środowisko i w swej większości najczęściej odwiedzają wrociszewski kościół oddalony niespełna 1 km na zachód od wsi, a ich dzieci hasają po boisku wrociszewskiej szkoły, nie znając nawet śladów swojej niedawnej przecież przeszłości. Mimo tego, gdzieś tam w zakamarkach ich świadomości, błyskają im niekiedy myśli powracające do zasłyszanych fragmentów rodzinnych opowieści, lub obrazów ze starego, kryjącego prochy ich przodków cmentarza. Myśli te i wspomnienia należy kultywować. To przecież kolejne barwy i odcienie naszej kultury, świadectwa  tolerancji. One to wzbogacając niezwykle naszą świadomość powodują, że stajemy się bliżsi Europy i Świata. Bliżsi sobie, lepsi…
Pochylone ze starości prawosławne krzyże, okalają romantyczny pagór biskupickiego cmentarza, na który to dziś już rzadko kto zagląda. Ci co by odwiedzali, dawno już pomarli. Ci zaś którzy mogą, może nie czują takiej potrzeby lgnąc ku innym, bardziej okazałym nekropoliom na których spoczywają już ich nieco bliżsi krewni…
Czas jest nieubłagany. Zapomniany jakby cmentarz biskupicki zawiera w sobie wiele tajemnic. Tyle ich, ilu spoczywających tam snem wiecznym. Może warto czasem uchylić ich rąbka po to, by nie zapomniano o tym jakby regionalnym epizodzie, który wszak wiele wniósł do miejscowej kultury i jak bardzo przecież zmienił mentalność mieszkańców okolicznych miejscowości. Nauczył ich żyć wśród ludzi innych poglądów, spraw i problemów. Nauczył ich rozumieć innych…
Otaczające biskupickie „mogiłki” wszędobylskie krzewy kryją wiele sekretów i ludzkich spraw. One to pozornie już nie mające znaczenia, tkwią gdzieś głęboko w naszej świadomości. Nie można spoczywających tu i ich spraw przekazanych potomnym, pozostawić w zapomnieniu. Odnajdując ich, zapewniamy im jakby ich dalszy byt w naszej świadomości. Tyle nas, ile o nas mówią…
Na jednej z mogił szarzeje wyryty w kamieniu i mało już czytelny napis: „Artamon Jegorowicz Duchow, skonczyłsja prożiwszyj 83 goda. Niegordis prochodiaszczyj prach a ty w gostiach…”.
Kim byli ci tu spoczywający? Co ich tu przywiodło? Czy odnaleźli swoje szczęście tu na obczyźnie?
Kim też byli pochowani niegdyś przy cerkwi żołnierze niemieccy, z których część została po latach eksuhumowana? Obok siebie spoczywają ludzie różnych wyznań. Czym się właściwie różnili?
Kim był ten Artamon Jegorowicz?
Mir prachu Twajemu…
Same tajemnice…