20.09.2017
<< wstecz

OKOLICA” – nr 4(36) z 7.04.2003, Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

 

Adiutant dyktatora

 
 
 

We wschodniej części cmentarza parafialnego w Grójcu, zwanego „starym”, położonego na okazałym wzgórzu przy ulicy Mszczonowskiej, wznosi się niewielki, wykonany z betonu grobowiec. Ot, zwykły grób jakich wiele wokół. W otoczeniu niczym się przecież nie wyróżnia, poza niewielką polerowaną w granicie płytą epitafijną. Napis na niej wyryty stanowi nie lada zagadkę. Brzmi on: „Tu spoczywa ś.p. Władysław Barzykowski, bohater Powstania 1863 r. Adiutant Langiewicza i żona jego, Kamila z Klimaszewskich Barzykowska”.
Ten pozornie zrozumiały napis jest w swej treści niezwykle ubogi i tym samym wprowadza nieco zamieszania. Poza przecież lakoniczną informacją dotyczącą spoczywających w grobowcu małżonków, niczego nie wyjaśnia, przeciwnie, komplikuje, intryguje i ... inspiruje.
Adiutant Langiewicza... Już sama wzmianka o uczestniku powstańczego zrywu w 1863 roku, wzbudza w przechodniu odruch zainteresowania i szacunku. Bohater...
Kim był Barzykowski? Co wiązało go z Grójcem i Powstaniem Styczniowym? Choć działania powstańcze nie ominęły grójecczyzny i wiele krwi wsiąkło w tą ziemię znacząc ją mogiłami poległych powstańców Władysława Grabowskiego pod Gołębiowem, Apolinarego Młochowskiego pod Belskiem, czy wielu bezimiennych pod Tarczynem, to przecież główne sceny tego teatru wojny znajdowały się daleko poza Grójcem.
Postać samego Langiewicza i jego adiutanta jest wielce kontrowersyjna. Nie dotyczy to jednak Władysława Barzykowskiego, bowiem najbardziej znanym adiutantem dyktatora była przecież kobieta, Anna Henryka Pustowojtówna. Ona to przecież była współtwórcą legendy Langiewicza, czy jednak prawdziwej? Kim więc był ów Barzykowski i dlaczego zaraz bohater?
Spróbujmy więc prześledzić dzieje owego znanego adiutanta i wyjaśnić legendę kobiety powstańca i generała dyktatora, ludzi których być może łączyło coś więcej niż powstańcza przysięga.
Wiele kobiet zapisało się chlubnie w naszej polskiej orężnej przeszłości. W różny sposób trafiały na pola walki i różnie się potem ich losy toczyły. Pozostawały wspomnienia, będące echem różnych wydarzeń i okoliczności. Te wyolbrzymione potem, tworzyły legendę postaci nierzadko różniącej się od oryginału. Złożone losy naszej państwowości tworzyły konieczność walki zbrojnej, co z kolei tworzyło zapotrzebowanie na konkretnych ludzi, którym to wyznaczano odpowiednie role. Niekiedy aktorzy nie mogli sprostać zadaniom, ale wprzęgnięci w meandry wydarzeń pozwalali sobą manewrować, znajdując się w sytuacji bez wyjścia. Ich działania otaczano mitami podtrzymującymi pogłoski niekiedy bez pokrycia. Naród potrzebował bohaterów, dawano mu ich. Tak rodziły się tzw. białe legendy. Ówczesna - jak byśmy to dziś nazwali - propaganda, dbała bowiem o właściwe eksponowanie podobno przemyślanych i zwycięskich kompanii, oraz powstańczo-wojennych geniuszy. Były to efekty różnych intryg politycznych, oraz nierzadko przypadków zaspokajania osobistych, acz przerośniętych ambicji. Dęto więc często bez umiaru w ten narodowy samograj, fałszując przecie co niemiara, ale kto w tej kapeli chciałby doszukać się fałszywych nut, tego zaraz okrzyknięto by odszczepieńcem, szargającym narodowe, patriotyczne ideały i z czci by go wyzuto. Są bowiem w naszej świadomości uświęcone tradycją pomniki tak wielkie, że nawet mizerne niekiedy postury na ich szczytach, wydawać się muszą ogromne. Zwalić zaś te kolosy jest niezwykle trudno, niekiedy już nawet niemożliwe.
Niniejsza relacja nikogo na piedestał nie wniesie i nikogo zeń nie strąci. Na to nie ma mocnych. Pozwoli jednak być może na bardziej spokojną ocenę postaci i ich działań, na odbrązowienie patyniejących już faktów. Nieubłagany czas zaciera coraz bardziej obiektywizm ocen i niekiedy nawet potrzebę tego. Dopóki jednak żyje w naszej świadomości potrzeba poszukiwania historycznej tożsamości, warto chyba pokusić się o bardziej obiektywne spojrzenie na minione już wydarzenia i ludzi.
Anna Henryka Pustowojtow przyszła na świat w dniu 26 lipca 1838 r. we wsi Wierzchowiska koło Lublina. Jej matka - Marianna z Kossakowskich -była żoną majora wojsk rosyjskich - później generała - Trofima Pustowojtowa. Kształciła się początkowo w Lublinie, a następnie w puławskim Instytucie Panien, który to ukończyła w 1859 roku. Instytut ten był w owym czasie szkołą elitarną i wychowywano tam młode kobiety w poszanowaniu istniejącego stanu rzeczy i bezwzględnej miłości do cara.
Przekazy biograficzne Anny Pustowojtówny podają, że przebywała również w majątku rodzinnym swojej babki po kądzieli - Brygidy Kossakowskiej - która to podobno wywarła ogromny wpływ na kształtowanie się charakteru bohaterki, wpajając w nią szacunek dla rodziny, miłości do Ojczyzny i bojaźni Bożej.
W powyższym akapicie dostrzegam jakąś samograjną nutkę. Coś w tym jednak było, skoro już w roku 1861 była aktywną uczestniczką tzw. ruchu manifestacyjnego w Lublinie, a jej działalność patriotyczna w kołach katolickich spowodowała jej deportację w asyście oficera żandarmerii do samej Moskwy, zgodnie z rozkazem pełniącego obowiązki namiestnika Królestwa Polskiego, generała Mikołaja Suchozaneta. Kulisy tej afery opisał naczelnik wojenny guberni lubelskiej, generał Aleksander Chruszczow w swoich pamiętnikach.
28 sierpnia 1861 r. w Lublinie miała miejsce patriotyczna demonstracja spowodowana wyjazdem Pustowojtowny. Mimo pozornie poważnego stanu rzeczy, okres zesłania był niezwykle krótki. Dzięki interwencji wspomnianej już babki, nowy namiestnik Królestwa Polskiego, hrabia Karol Lambert zmienił decyzję dotyczącą Anny Henryki. Nakazał odesłać ją do Żytomierza, gdzie oddano ją jej matce i obłożono nadzorem policyjnym. Pustowojtowna niedługo tam jednak zabawiła, bowiem korzystając z pomocy przyjaciela - studenta z Kijowa - niejakiego Bronisława Żurowskiego, zbiegła w męskim przebraniu do Czortkowa pod Tarnopolem na Podolu, skąd Władysław Wróblewski przewiózł ją do swojego szwagra - Zygmunta Miłkowskiego (T.T. Jeż) - przebywającego w miejscowości Michalen w Mołdawii, gdzie przebywając przez okres kilku miesięcy, zaprawiała się w sztuce wojennej, ćwicząc w posługiwaniu się bronią palną.
W Polsce tymczasem wybuchło powstanie zwane styczniowym. Pustowojtowna zdecydowała się na powrót do kraju i w męskim przebraniu w dniu 14 lutego 1863 roku dotarła do obozu generała Langiewicza w Staszowie.
Aby sprostać biegowi wydarzeń, wspomnieć wypada choćby krótko o drugiej postaci.
Marian Langiewicz pochodził z Krotoszyna. Początkowo uczył się w Trzemesznie, a następnie studiował we Wrocławiu, Pradze i Berlinie. Po ukończeniu nauk wstąpił do służby wojskowej w armii pruskiej, a następnie wyemigrował do Włoch, gdzie został instruktorem w polskiej szkole wojskowej w Genui, a następnie w Cueo. W Warszawie znalazł się na krótko przed wybuchem powstania. Z marszu otrzymał awans z kapitana na pułkownika i mianowano go wojskowym naczelnikiem województwa sandomierskiego z siedzibą w Radomiu. Tam podjął decyzję przeniesienia swojego sztabu do pobliskiego Mirca, gdzie w dworze Prędowskich umiejscowił stanowisko dowodzenia. Od tej chwili dowodzeni przez Langiewicza powstańcy walczyli ze zmiennym szczęściem, bowiem sam Langiewicz okazał się miernym dowódcą i jeszcze mierniejszym politykiem. Niechlubną sławą okrył się dowodząc akcją na Szydłowiec, którą przeprowadził bez należytego rozpoznania, co okazało się zgubne w skutkach, bowiem upajając się przelotnym sukcesem, powstańcy upajali się również alkoholem, zapominając nawet pogrzebać zabitych. Owo „zwycięstwo” tak ich upoiło, że sam Langiewicz powrócił do Mirca w towarzystwie zaledwie kilkudziesięciu towarzyszy. Za ten wypad zaborca obłożył Szydłowiec poważną kontrybucją, co zresztą powtarzało się kilkakrotnie za podobnie stosowaną taktykę powstańczą. Świadczyło to o lekceważeniu obowiązków i niewielkim morale dowódcy. Świadczyło także o braku umiejętności wojskowych.
Prowadzone w taki sposób działania wojenne powodowały rozwój powstania ze zmiennym szczęściem, od przypadku do przypadku.. W tym samym czasie w gremium Rządu Tymczasowego rozwijały się różnorodne intrygi, bowiem obóz „białych” chciał mieć swojego dyktatora powstania w związku z wymuszoną rezygnacją z tej funkcji Ludwika Mierosławskiego. Decyzja w tej sprawie zapadła w leśniczówce Wydra pod Łańcutem, na tajnym posiedzeniu rządu. Langiewicz dał się uwieść łatwymi pochlebstwami i nierzetelną oceną stan rzeczy i w ten sposób stał się ofiarą ambicji przeciwników Rządu Tymczasowego. Jednym z pionków w tej grze, bowiem dyktatura Langiewicza była jedną z wielu intryg politycznych prowokowanych przez zakonspirowanych graczy.
Jego nominacja służyła jedynie spekulacjom pałacowo-bankierskim, a nie sprawie wyzwolenia z więzi zaborców i nie mogła prowadzić do uwłaszczenia chłopów.
Sam Langiewicz nie miał najmniejszego pojęcia o swojej władzy i wynikających z niej obowiązków, bowiem w owym czasie na wiele spraw było już za późno, a on sam nie miał w tej profesji ani wprawy, ani nawet predyspozycji.
Nominację i insygnia dyktatora Powstania przyjął Langiewicz na biwaku korpusu w Goszczy pod Krakowem w dniu 10 marca 1863 roku. Nie spełnił niczyich nadziei jako dyktator, a jego ośmiodniowa dyktatura była największą klęską dla powstania.
W takiej to sytuacji (naiwny dyktator nie miał jeszcze o tym pojęcia) doszło do spotkania Pustowojtowny z Langiewiczem. Anna Henryka dotarła pod Staszów w męskim przebraniu, używając pseudonimu „Michał Smok”. Jej przybycie do obozu w pewnym stopniu sprawiało kłopot dyktatorowi, zwłaszcza po ujawnieniu jej płci. Uznał więc że najwłaściwszym będzie uczynić ją adiutantem pułkownika Dionizego Czechowskiego, co w jego mniemaniu było wyjściem dość przyzwoitym. Jednak już po kilku tygodniach znalazła się u boku dyktatora jako jego adiutant. Było to pod Małogoszczą, lub pod Chrobrzem, ale ta ostatnia informacja nie jest chyba ścisła. Przejście do Langiewicza spowodowane było prawdopodobnie niezwykle gwałtownym charakterem Czechowskiego, ale bardziej prawdopodobnym jest fakt, iż Pustowojtowna po prostu podobała się dyktatorowi, bowiem była kobietą dość urodziwą, inteligentną i co ważne, wykształconą. Mieć takiego adiutanta w warunkach polowych, to nie tylko szczęście, ale samo zrządzenie losu. Od tego momentu datuje się chyba coś więcej niż służbowa podległość tych dwojga ludzi.
Pustowojtowna znakomicie wywiązywała się z nałożonych na nią obowiązków służbowych i dość szybko stała się osobistą przyjaciółką Langiewicza. Michałek – takie bowiem miała powstańcze przezwisko, był znakomitym żołnierzem. Mężnie znosiła trudy powstańczej tułaczki i nie odstępowała na krok swojego dowódcy, podejmując się dla niego wykonywania nawet niezwykle trudnych zadań. Tych dwoje młodych przecież ludzi przylgnęło do siebie, Ot, zwykła ludzka rzecz, ale od dyktatorów historia wymaga wielu ważniejszych spraw i nie liczy się z ich życiem.
Początkowo kamuflowano ten związek i odżegnywano się od niego, ale po latach rodzina Pustowojtowny przyznała - odsłaniając zapiski rodzinnych sztambuchów i diariuszy - że łączyło ich niezwykłe uczucie, szaleńcza, młodzieńcza miłość. Nie ma w tym nic zdrożnego, ludzie przecież wszędzie się kochają.
Wspólnie uczestniczyli w bitwach pod Małogoszczą, Chrobrzem i Grochowiskami. Niestety Langiewicz nie tylko nie wykazał tam talentu wojskowego, ale też zachował się jak dyletant, działaniami swoimi sabotując nawet idee powstania. Zbyt późno dyktator dostrzegł, iż pełni w tej sprawie dość dwuznaczną rolę. Załamany przegraną - kolejną już - bitwą pod Grochowiskami zdecydował się na opuszczenie dowodzonych przez siebie oddziałów i jak dywersant i dezerter zbiegł z obozu w Sosnówce, wraz ze swoim „najwierniejszym z adiutantów”. Czółnem przedostał się w nocy z 18 na 19 marca 1863 roku (korzystając z pomocy Władysława Bentkowskiego) przez Wisłę w Ujściu Jezuickim, pozostawiając swój korpus na łasce losu. Chciał przedostać się za austriacki kordon do Galicji. Ucieczka niestety nie udała się. Ujęcie go na wiślanej przeprawie przez Austriaków w pewnym sensie rozwiązywało jego niezwykle trudną sytuację osobistą, ale wymowa polityczna tego faktu stawiała go w konkretnym świetle. Decyzją tą pogrążył sprawę powstania w opinii europejskiej. Zdruzgotaną opinię pogrążało i to, że ujęto ich razem, tj. dyktatora i jego „Michałka”. Wiadomość o aresztowaniu „najwierniejszego z adiutantów” dość szybko obiegła niemal cały kontynent, powodując tym samym nie tylko sporą sensację i zainteresowanie upadającą sprawą polską, ale i niezwykle złośliwe komentarze, traktujące Langiewicza jako dezertera co to: ... „uciekł z kasą i dziewczyną do interny austiackiej”.
No cóż, nie wszyscy rodzą się bohaterami, a z drugiej strony dlaczego też od nich wymaga się wprost ponadludzkich cech i owej pomnikowej nieskazitelności? O to właśnie dbają konkretne koła polityczne próbując w fałszywy sposób przez jednokierunkowe, tendencyjne eksponowanie podobno zwycięskich bitew i potyczek, genialnych posunięć taktycznych dowódców, zatuszować własną nieudolność i brak koncepcji politycznej, własną prywatę.
Tak też było i z Langiewiczem. Ten niezbyt zdolny wojskowy i jeszcze mniej zdolny polityk był pionkiem w wielkiej grze politycznej. Wykorzystując jego nieświadomość w sprawie i nadmierne ambicje, zaprzepaszczono sprawę powstania i człowieka który w innych warunkach byłby po prostu sobą. Nie wielkim i nie małym. Kto wie czy wówczas nie spełniłby lepiej swojej patriotycznej powinności? W chwili objęcia przez niego dyktatury powstanie już było przegrane. Było bowiem przegrane już po śmierci jego najważniejszego inicjatora, przedstawiciela czerwonych, Stefana Bobrowskiego zamordowanego z premedytacją w sfingowanym pojedynku (Bobrowski był wujem Józefa Conrada Korzeniowskiego).
Langiewicz prawie dwa lata przesiedział w austriackiej twierdzy bez wyroku. Początkowo internowali ich razem w tarnowskim więzieniu, gdzie też „najwierniejszy z adiutantów”, mając tam pewną swobodę (z jakich to racji?) próbował ułatwić generałowi kontakty z przybywającymi do niego wysłannikami i próbował umożliwić mu ucieczkę. Niestety skończyło się to niepowodzeniem, nawet po przewiezieniu ich do Krakowa.
Adiutant też został wcześniej uwolniony. Stało się to w dniu 2 kwietnia 1863 r. kiedy to po przewiezieniu Langiewicza do tiśniowskiego więzienia i złożeniu tam przez nią pisemnego zobowiązania, że nie podejmie działań przeciwko zaborcy. Pustowojtowna wyjechała do Pragi, gdzie przebywała w środowisku sympatyzujących z Polską ludzi, a w lipcu 1864 roku przeniosła się do Zurichu, gdzie też spotkała się z generałem, który po uwolnieniu zdecydował się na emigrację w Szwajcarii. Był to fizyczny koniec ich uczucia. Pustowojtowna wyjechała do Paryża, gdzie zamieszkała w rodzinie powstańca Józefa Kajetana Janowskiego. Próbowała zacząć od nowa. Znajdując się w niezwykle trudnej sytuacji materialnej, imała się różnych zajęć, bowiem pomoc finansowa od jej babki przychodziła nader nieregularnie, zaś z chwilą śmierci babki w 1868 roku, ustała zupełnie. Jej osoba nadal niepokoiła władze rosyjskie, które nawet w Paryżu prowadziły jej inwigilację. Brała czynny udział w obronie Paryża przed Prusakami w latach 1870-71 i w Komunie Paryskiej gdzie pełniła funkcję sanitariuszki. W roku 1873 wyszła za mąż za doktora Stanisława Loewenhardta, którego poznała jeszcze w staszowskim obozie powstańczym. Zmarła nagle w dniu 2 maja 1888 roku, pozostawiając czworo dzieci. Została pochowana na cmentarzu w Montparnasse, a jej pogrzeb był w pewnym sensie manifestacją.
W jej biografii mniej jest owych „hura tonów”, rysuje się bowiem niezbyt wyretuszowany obraz nieco ponad przeciętnej kobiety, dość inteligentnej i zdążającej konsekwentnie do raz podjętego celu. Kobiety mającej swoje ludzkie słabości i ludzkie uczucia i za to choćby, nie budując jej owych pomników, należy jej się uznanie. Za te prawdziwe, normalne ludzkie cechy, bez bohaterskiej otoczki.
Marian Langiewicz przeżył osobistą klęskę. Po dokładnej analizie swoich działań zorientował się o ogromie popełnionych przez siebie błędów. Niestety, nie mógł już naprawić nadwątlonej reputacji. Przypomniano sobie jego wcześniejsze działania jeszcze w genueńskiej szkole i we wspomnieniach innych Langiewicz nie wypadał najlepiej. Współczesny Langiewiczowi emigrant z Genui – Józef Oxiński zanotował: „nawiasem mówiąc – my genueńczycy znaliśmy nieźle pana Langiewicza. Nie należał on do typu żołniersko rycerskiej emigracji 1831 roku. Szermował obficiej słowami niż szablą... że lekceważąc go jako emigranckiego blagiera, staraliśmy się przy spotkaniach nie podawać mu ręki. Jego obejście nie przedstawiało dżentelmena.”
Langiewicz ostatecznie osiadł w Turcji, gdzie tułał się z żoną i biedował. Nie odegrał już najmniejszej roli politycznej. Umarł w dniu 12 maja 1887 roku w Konstantynopolu. Na jego grobie wyryto w języku angielskim napis: „... ex Dictator of Poland”.