28.07.2017
<< wstecz

Fragment książki Andrzeja Zygmunta Roli – Stężyckiego pt. „Opowieści grójeckie” Włocławek 2002.

 

Tajemniczy emisariusz 

 
 
 

Wilczogóra jest wioską jakich w grójeckim wiele. Położona w odległości 5 km na zachód od miasta, wcisnęła się w niewielką dolinkę otoczoną kilkoma morenowymi wzgórzami. Te zaś zatopione w sadach, skrzętnie skrywają rozproszone wśród nich zagrody, wśród których nierzadko spotkać można znakomite obiekty współczesnej architektury. To dowód zamożności, zaradności i gustu właścicieli. Bliskość miasta spowodowała, że mieszkańcy wsi samą Wilczogórę traktują jako jego przedmieście i bardziej pewnie interesują się problemami pobliskiej metropolii, niż sprawami dziejów swej ojcowizny.
Wioska zdaje się senną i zapomnianą, ożywiającą się jedynie podczas jakiegoś wesela czy niedalekiego pożaru. Wówczas bowiem prym wiodą miejscowi strażacy, którzy to i nowożeńcom nie przepuszczą a i czerwonemu kurowi radę też dadzą.
Nijakość wsi jest jednak pozorną. Wypielęgnowane sady świadczą o kunszcie ich właścicieli i wysokiej kulturze rolnej, potwierdzającej tym samym rangę regionu. Nikt jednak nie śmiałby przypuszczać, że ma Wilczogóra swoją tajemnicę…
Na jednym z okazalszych we wsi wzgórz, położonym prawie w jej centrum u stóp wijącej się w zakolach asfaltowej drogi łączącej wioskę z Grójcem, wznosi się okazała, mocno przez czas nadwerężona budowla. Jej harmonijne, klasycystyczne kształty świadczą o jej niegdysiejszej świetności i dość starej metryce, bowiem budynek ten zaczęto wznosić w latach czterdziestych XIX stulecia.
Obiektywnie rzecz biorąc, dworek jakich wiele się tu jeszcze zachowało a przywykli do niego mieszkańcy nie zwracają nawet uwagi na mijający czas niosący ze sobą postępujące zniszczenia i dewastację budynku. On zaś pozostawiony sam sobie, przeciwstawia się jak może biegowi czasu. Ten jednak jest nieubłagany…
Mimo to, dziś jeszcze w przebłyskujących promieniach słonecznych resztki szyb w oczodołach okien dworu, pobłyskują niezwykłą urodą, blasku dodając owym ryzalitowym, balkonowym wolutom, resztkom krat i boniowanym tynkom. Ta naprawdę piękna, wdzięczna i urokliwa budowla, mimo niewątpliwych zniszczeń zapoczątkowanych jeszcze w czasach I Wojny Światowej, dodaje swoistego uroku wsi, podkreślając jej historyczność.
Wzgórze z wznoszącym się na nim dworkiem, dominuje nad wsią, piękniejszym czyniąc krajobraz. Wprowadzając do niego ów architektoniczny element sztuki, bo mimo zniszczeń budynek jest dziełem sztuki, wioska zdaje się być przy odrobinie wyobraźni Atenami a dwór Akropolem. Projektować go musiał wcale zdolny architekt. To co dziś pozostało, jest jedynie fragmentem nieistniejącej już a o wiele starszej, zachodniej części dworu, po której pozostały jedynie ślady przyziemia i przymurowania.
Cóż więc wspólnego ma Wilczogóra z dworem i do kogo dwór ten należał? Śledząc jego dzieje okazuje się, że dwór ten ma wcale piękną historię i miał zupełnie niebanalnych właścicieli. Ci zaś związani byli z Wilczogórą, której nazwa jest typowo topograficzną i od wilków których tu niegdyś mnóstwo było, pochodzi .
Najbardziej interesującym okazało się prześledzenie dziejów własności wsi  w okresie XIX i XX wieku. Na początku wieku XIX dobra wilczogórskie stanowiły własność Justyny ze Święcickich, żony Michała Korwin - Kochanowskiego a następnie weszły w skład dóbr posagowych ich córki Julianny Dembowskiej, która majątek ten w 1819 roku odsprzedała swojemu ojcu, wspomnianemu wyżej Michałowi. Po jego śmierci dobra te odziedziczyły jego wnuki: Laura i Henryk Kamieńscy (syn Franciszki Kochanowskiej, dalekiej krewnej Jana z Czarnolasu) i Edward Dembowski, syn Leona i Julianny z Kochanowskich. Kolejnymi właścicielami Wilczogóry byli Miniewscy herbu Nieczuja.
Przynajmniej czworo z tu wymienionych zasługuje na uwagę, ponieważ na trwale zapisali się w dziejach Polski. Nikt by nawet nie przypuszczał, że były to naprawdę nietuzinkowe postacie, o których głośno było przy okazji  różnych historycznych wydarzeń w skali Polski, co spowodowało, że weszli oni do szkolnych programów historycznych.
Pierwszy ze wspomnianych, Michał Ambroży Józef Korwin - Kochanowski żyjący w latach 1757 - 1832 urodził się w Sandomierzu jako syn Franciszka podwojewodziego radomskiego i Róży Jasieńczyk - Kowalskiej. W latach 1767 - 1755 był uczniem Warszawskiej Szkoły Rycerskiej, gdzie wsławił się tym, iż w porywie młodzieńczego patriotyzmu porwał się z zamiarem zasztyletowania księcia Adama Ponińskiego sprawcy, m.in. pierwszego rozbioru Polski.
Do samosądu nie doszło, bowiem krewkiego młodzieńca zatrzymano już w bramie Pałacu Kazimierzowskiego (dziś siedziba Uniwersytetu Warszawskiego) i aresztowano, dzięki donosowi jakiegoś „bardziej lojalnego”. W ten sposób jeden z największych nikczemników i sprzedawczyków XVIII wiecznej Polski ocalał i niestety szkodził dalej.
To oczywiście nie rozgrzesza nieprawnego zamiaru bohatera, mimo to czyn ten przeszedł do historii, glorii dodając młodzianowi, w nimbie której kroczył przez całe swoje późniejsze życie, a którego przyznać trzeba, nie zhańbił.
Był człowiekiem niezwykle aktywnym i wielce patriotycznym. jako oficer (kapitan) korpusu inżynierów, był członkiem komisji wytyczającej w latach 1774 - 1782, nową granicę z Prusami a w latach 1780 - 1785 granicę z Rosją. Był posłem Ziemi sandomierskiej na sejmie Czteroletnim, gdzie m.in. był zwolennikiem i współtwórcą postulatu zakładającego likwidację Rady Nieustającej. Był niezwykle odważnym politycznie, bowiem publicznie zarzucał rosyjskim ambasadorom ich wszechwładzę. Potrafił  wytknąć innym posłom ich nadmierne gadulstwo i brak sensownych działań politycznych.
Jako zwolennik Konstytucji 3 Maja popierał reformę miast i postulował jasne określenie ich statusu, w tym również mieszkańców, na dowód czego sam przyjął prawa miejskie.
W czasie Insurekcji Kościuszkowskiej wszedł w skład Rady Zastępczej Tymczasowej a potem Rady Najwyższej Narodowej. Stale czynny politycznie został potem ministrem spraw wewnętrznych we władzach Księstwa Warszawskiego, zaś w Królestwie Polskim został senatorem, później mianowany kasztelanem, by następnie posiąść godność wojewody. Cieszył się wielką estymą i miał opinię jednego z bardziej liberalnych senatorów. Był za to przeciwnikiem wszelkiego radykalizmu i terroru politycznego. Rosjanie prześladowali go namiętnie, choć im zawsze zręcznie umykał, stosując różne kruczki dyplomatyczne. Był także znanym masonem.
Mimo iż nie był zwolennikiem Powstania Listopadowego, podpisał jednak ów słynny akt detronizacji cara Mikołaja I, po czym zmarł, jak to określili: „…w samą porę” nocą z 17 na 18 lutego 1832 roku w Warszawie, kończąc tym samym zamiar ewentualnych represji ze strony Rosjan. Pochowano go w katakumbach Klementyny Walickiej na cmentarzu parafialnym w Belsku Dużym pod Grójcem.
Michał Ambroży Józef Korwin - Kochanowski był dwukrotnie żonatym. Pierwszą żoną była poślubiona w 1785 roku córka bogatego warszawskiego aptekarza, Józefa Wasilewska, która wniosła mu w posagu 100.000,- złotych polskich. Zmarła po niespełna czterech latach małżeństwa w 1789 roku.
Wkrótce po tym Michał Kochanowski żeni się ponownie, tym razem z Justyną Święcicką (ur. 11.07.1789 Belsk). Ta była wychowanką słynnej Izabeli z Flemingów Czartoryskiej z Puław i wraz z nią właśnie, zaistniał Kochanowski w historii Wilczogóry, którą to mu nowa żona wniosła w posagu.
Wieś z kolei przeszła w ręce Julianny zamężnej Dembowskiej, która odziedziczyła ją po matce, by następnie odsprzedać ją ojcu, o czym już wcześniej była mowa..
Drugą ważną osobistością związaną z Wilczogórą był Henryk Michał Kamieński, również wielki patriota i człowiek intelektu. Był filozofem i teoretykiem rewolucji społecznej. Wiele publikował, nie tylko w kraju. Używał pseudonimów: Filaret Prawdowski, Szymon Gadulski i XYZ.
Urodził się w dniu 24 lutego 1813 roku w Warszawie, jako syn Henryka Ignacego Kamieńskiego i jego żony Franciszki, córki wspomnianego wyżej Michała Korwin - Kochanowskiego, a tym samym siostry Justyny Dembowskiej.
Matka jego Franciszka, była utalentowaną pianistką wiele koncertującą, co powodowało, że ich dom rodzinny był odwiedzany przez wielu wybitnych ludzi epoki. Henryk był uczestnikiem Powstania Listopadowego i zwolennikiem przemian społecznych. Gospodarząc w swoim wzorowo prowadzonym majątku Ruda w powiecie chełmskim, wiele pisał. Jako pierwszy w środowisku ziemiańskim postawił wniosek o likwidację pańszczyzny, co zamieścił w wydanej przez siebie rozprawie pt. „Uwagi nad stanem włościan i produkcji krajowej”, co opublikowała „Biblioteka Warszawska”.
Pańszczyznę traktował jako najbardziej nieekonomiczny system gospodarowania. W roku 1844 wydał swoje najpoważniejsze dzieło pt. „O prawdach żywotnych narodu polskiego”, które opublikowane zostało w Brukseli pod pseudonimem Filaret Prawdowski. Kamieński w dziele tym zakładał i uzasadniał koncepcję rewolucji społecznej pod warunkiem, że wezmą w niej udział zarówno chłopi jak i szlachta. Było to dzieło naprawdę w owych czasach rewolucyjne.
Za swoją działalność i szerzenie poglądów został Kamieński zesłany przez rosyjski aparat władzy do Wiatki na Syberii, gdzie spędził ponad trzy i pół roku. Po powrocie, na przekór innym, oczynszował chłopów w swoich dobrach. Resztę życia spędził w Szwajcarii i w Algierze, gdzie zmarł w dniu 14 stycznia 1866 roku. Był on przez kilka lat współwłaścicielem Wilczogóry wraz z ciotecznym swoim bratem Edwardem Dembowskim .
Ten ostatni jest bodaj że najbardziej znaną postacią historyczną, której działania, sens postępowania i życiowe motto do dziś zastanawiają. Ta wielce interesująca postać i jakże tajemnicza, również związana jest z Wilczogórą i choć brak jest konkretnych dowodów na to, iż bywał we wsi (choć był jej współwłaścicielem), to jego działalność zmuszająca go do życia w konspiracji  nie tylko nie wyklucza, a wręcz wskazuje na to, że właśnie Wilczogóra była jednym z wielu miejsc z których Dembowski korzystał, przemykając się po kraju jako emisariusz sprawy wolnościowej.
Edward Dembowski urodził się w dniu 25 kwietnia 1822 roku w Warszawie jako syn Leona i Julii z Korwin - Kochanowskich, córki Michała. Ten niezwykle uzdolniony człowiek zadziwiał wszechstronnością zainteresowań i znacznie wyprzedzał epokę w której przyszło mu żyć.
Jako filozof był zwolennikiem Hegla i wybitnym działaczem społecznym oraz czołowym reprezentantem polskiej myśli rewolucyjno - demokratycznej. Już za życia owiany legendą ze względu na swoje dość radykalne poglądy, został nazwany „czerwonym kasztelanicem”. Był również krytykiem literackim i publicystą oraz autorem rozpraw filozoficznych w których podkreślał rolę mas ludzkich w dziejach.
Od roku 1843 pozostawał w konspiracji działając przede wszystkim w poznańskim i w Galicji, gdzie stał się jednym z najbardziej radykalnych przywódców Powstania Krakowskiego w 1846 roku. Warto więc nieco prześledzić losy tego naprawdę interesującego człowieka i losy jego najbliższych. Aby zaś przybliżyć tę postać, warto również wspomnieć nieco o jego ojcu Leonie Dembowskim. Ten zresztą zasługuje na odrębną zupełnie opowieść.
Leon Dembowski urodził się w 1789 roku i epokę Sejmu Czteroletniego czy czasy Powstania Kościuszkowskigo, znał jedynie z opowieści. Dzięki związkom z Czartoryskimi „zrobił poniekąd karierę” i doszedł do majątku dzięki dobremu ożenkowi właśnie z Julianną z Kochanowskich, właścicielką m.in. Wilczogóry.
Rodzice Dembowskiego utracili majątek za udział w konfederacji barskiej, następnie Insurekcji Kościuszkowskiej oraz Powstania Listopadowego i innych wydarzeń losowych. Byli jednak wysoko skoligaceni i ożenili syna z senatorską córką. Niestety, szczęście nie trwało długo, bowiem małżonek nie otaczał żony szczególnie czułą opieką.
Julianna Dembowska urodziła dwóch synów. Pierworodny Leon zmarł  w wieku dwóch lat, a drugi syn Edward został przez matkę osierocony kiedy miał zaledwie rok. Julianna Dembowska zmarła na gruźlicę w Dusznikach (dawniej Reinnertz, dziś Duszniki Zdrój). Jej grób po latach odwiedził Edward wraz z ojcem. Niestety, dziś już go już nie ma, bowiem cmentarz ten został zlikwidowany. Władze miasta usytuowały w tym miejscu rozległy skwer miejski, a szkoda. Ot, nasza historyczna beztroska…
Starszy pan Dembowski kierował wydziałem spraw wewnętrznych Królestwa Polskiego, potem wydziałem sprawiedliwości i wojennym. Zabiegał o sprawy materialne i rósł w znaczenie, otrzymując w 1829 roku zaszczytny tytuł kasztelana. Zaangażował się również w sprawę Powstania Listopadowego, wchodząc w skład Rady Administracyjnej a w maju 19831 roku, już po bitwie pod Ostrołęką, przyjął tekę ministra skarbu. Zdecydowanie jednak nie znosił radykałów i motłochu. On sam był nieco krzywdzony przez historyków, którzy zarzucali mu gorliwość w stosunku do carskiej administracji. W jego nie wydrukowanych pamiętnikach znajduje się jednak wiele materiału by skutecznie obalić tę niesłuszną opinię
Po kapitulacji powstania w 1830 roku, Dembowskiemu udało się wyjść obronną ręką ze wszystkich dochodzeń. Jednak po ucieczce syna Edwarda z Królestwa Polskiego okazało się, że policja ma dobrą pamięć.
Dembowski najchętniej przebywał w swoich dobrach w Klementowicach, które odkupił od Ignacego Potockiego. Pasją jego były książki i ich towarzystwa szukał pan Leon przede wszystkim. Jego zbiór do dziś napawa szacunkiem. Nic dziwnego więc, że Edward jego syn, wyrastał wśród nabożnej wręcz atmosfery do książek i wiedzy, przechodząc tym samym od dziecięcej fascynacji baśniami do zachłannego wręcz studiowania matematyki, filozofii i języków obcych.
Edward miał znakomitych nauczycieli, m.in. profesora zlikwidowanego Uniwersytetu Warszawskiego Adama Krzyżanowskiego i pana Rohna, nauczyciela matematyki i języka niemieckiego. Czynił wielkie postępy, bowiem był uczniem niezwykle zdolnym i wrażliwym. Jego młodzieńcze poezje prezentują ówczesny stan uczuć:
„ Jak cień cyprysu, jak palma grobowa
Smutna jest piosnka wszystkich nas - wygnańców.
Witać i żegnać dla nas rzecz nie nowa,
Dziś z Wami - jutro aż u świata krańców!”

Czyżby już wówczas Edward przeczuwał swoją przyszłą dolę emisariusza i konspiratora?
Podczas jednego ze swych pobytów w Warszawie, w domu babci Justyny Kochanowskiej poznał Edward młodą dziewczynę Anielę Chłędowską, której rodzice posiadali w Galicji majątek Jawornik i drukarnię z kamienicą w Warszawie. Uważani oni byli za dość radykalnych spiskowców w czasach Powstania Listopadowego.
Urodzona we Lwowie w dniu 17 listopada 1824 roku, była niewysoką brunetką z zadartym nosem, czym widać piorunujące zrobiła wrażenie na szczupłym i delikatnym Edwardzie. Jednoczyli się w jednym, oboje wychowani byli bardzo patriotycznie. Młodzieniec zapałał wielkim uczuciem, bowiem choć chowany przez ojca jak książę, nigdy nie zaznał miłości. Ojciec może go i kochał po swojemu, ale z natury kostyczny i odludek, nie dawał tego po sobie poznać, być może hołdując zasadzie chłodnego racjonalizmu.
Zaniepokojony sytuacją guwerner Edwarda pan Rohn, poinformował pana Leona o kontaktach syna z nie dość posażną panną, zresztą ona miała dopiero lat szesnaście a Edward osiemnaście. Panna była jednak chrześniaczką Justyny Kochanowskiej, babki Edwarda…
W Warszawie Edward przeprowadził poważną rozmowę z ojcem, który zaproponował synowi, aby ten zastanowił się poważniej nad mającymi zapaść decyzjami i jako antidotum przedstawił  mu projekt wycieczki w podróż po Europie. Istotnie tak się stało, choć nie bez małego szaleństwa pana Leona. On to bowiem broniąc Edwardowi dostępu do Anieli, sam zapałał gorącym uczuciem do nieco od niej starszej siostry Seweryny!
Mimo to rozpoczęli starania o paszporty, co łatwym nie było, zważywszy powstańczą przeszłość pana Leona. Jakoś jednak wyjednali u naczelnika gubernii lubelskiej, którym był generał Hurko owe paszporty i wyruszyli w podróż ale z … samym generałem! Ten bowiem nie dowierzał Dembowskiemu a udając się w podróż prawie że w tym samym kierunku, zapewnił na czas jakiś „lojalność” carskich poddanych.
Trasa podróży  Dembowskich przebiegała przez Kraków, gdzie Edward po raz pierwszy zetknął się z Wawelem i pobliską Wieliczkę a następnie przez Wrocław, gdzie już skutecznie zgubili carską opiekę. Tu Edward spotkał się z generałem Franciszkiem Morawskim , księciem Augustem Sułkowskim i synem generała Dąbrowskiego, Bronisławem. Również z wieloma innymi znanymi ludźmi. Po zakończeniu pobytu we Wrocławiu udali się do Duszników, gdzie na miejscowym cmentarzu spoczywała snem wiecznym matka Edwarda, Julianna z Kochanowskich Dembowska.
Pobyt na Dolnym Śląsku pochłonął im nieco czasu, po czym pojechali przez Tyrol do Włoch, by przez Mediolan, Weronę oraz Wenecję i Wiedeń powrócić do kraju - do Klementowic - oczywiście z dala od Anieli.
Mimo to Edward z Anielą zawierają związek małżeński jesienią 1841 roku, prawdopodobnie stawiając papę Leona wobec faktu dokonanego. Aniela była w ciąży. Młodzi świadomie zrezygnowali z sielankowo - wiejskiego życia w Klementowicach, ale dopiero po urodzeniu się córki w 1842 roku. Przez pamięć dla matki Edwarda nadano jej imię Julia. W tym też czasie kasztelan szykował się do przekazania synowi znacznego majątku, należnego mu po matce i dziadkach, m. in. właśnie Wilczogóry.
Okazało się, że mimo zapowiadanych różnic, Aniela była bratnią duszą Edwarda i uzupełniała go we wszystkim. Edward redagował „Przegląd Naukowy” poświęcony literaturze i wiedzy, a Aniela próbowała swoich sił na jego łamach. Miała nieco trudniejsze zadanie, bowiem jako mało posażna osoba, która sprzątnęła sprzed nosa wielu bogatym pannom posażnego kasztelanica, musiała się liczyć z brakiem przychylności i poważną krytyką. Prace te, jak i coraz poważniejsze kontakty intelektualne spowodowały, iż na przełomie lat 1842 - 1843 dokonała się w Edwardzie ogromna przemiana. Coraz częściej spotykał się z różnymi ludźmi, których łączyła wspólna ideologia, jaką była walka o wyzwolenie.
Ojciec nie podejrzewając niczego, przekazał synowi po jego dojściu do pełnoletności należną mu formalnie część majątku: folwarki pod Tarczynem , kamienicę w Warszawie przy ulicy Mazowieckiej i 100.000,- złotych w gotówce.
Tymczasem Edward gotował się do walki o wyzwolenie, narażając tym samym majątek na konfiskatę, o czym pan Leon nawet nie pomyślał! O tym, że Edward jest człowiekiem zaangażowanym w ruch konspiracyjny o wyraźnym zabarwieniu komunistycznym,  przez myśl by mu nawet nie przeszło! Ponieważ jednak był formalistą, przeto w 1843 roku majątek należny Edwardowi został mu notarialnie przekazany. Starszy pan Dembowski nie zdawał sobie nawet sprawy, że Edward natychmiast sprzeda znaczną część owego dziedzictwa po to, by mieć w ręku gotówkę.
Na domiar złego, młoda pani Dembowska dość odważnie poczęła ze swoją literaturą i drukowała wiersze, które w swej treści zapowiadały wręcz rewolucję! Oboje z mężem byli zarzucani anonimami krytykującymi ich postawę. Być może talenty Anieli nie były zbyt wielkie, ale za to utwory odważne. Przeogromną burzę wywołał w światku towarzyskim ówczesnej Warszawy jej wiersz pt. „Co lubię”, w którym m.in. zawarła takie oto wyznanie:
„Co ja lubię? To jęk burzy,
 co niedolę, klęskę wróży.
   Co ja lubię? Grom, gdy bije
         i zniszczenie śpiewem wyje!”

Słowa te były wówczas odczytywane jednoznacznie, co spowodowało liczne repliki, również w tej formie drukowane a przeciwstawne Dembowskim. Dumna Aniela nie ukrywała swoich poglądów i odważyła się nawet zareplikować owe „odpowiedzi”. W dokumentach po Kajetanie Koźmianie, znaleziono m.in. wiersz - odpowiedź Dembowskiej pt: „Czego ja nie lubię?, w którym ostatnia strofa brzmiała:
„ Więc wam zemstę głoszę wściekłą
  I drwię z waszych uczuć boskich,
 Słodka zazdrość, zawiść, piekło,
     Bom Diablica jest z Chłędowskich
                   Dembowska”.

W lecie 1843 roku spada pierwszy grom na głowę starszego pana Dembowskiego. Po wyjeździe młodych do Buska, w rodzinnych Klementowicach pojawiają się żandarmi carscy pytając o Edwarda. Pan Leon niezbyt zorientowany w sytuacji próbuje ochraniać syna i wystawia mu nawet jako wójt gminy Klementowice zaświadczenie do paszportu, że przeciwko Edwardowi nie ma żadnych zarzutów. Edward jednak nie otrzymał paszportu niezbędnego dla wyjazdu poza granice Królestwa Polskiego, gdzie chciał rozpropagować idee rewolucji.
Mimo to, młody Dembowski bywał wszędzie i zawsze udawało mu się zmylić posterunki i nigdy nie być rozpoznanym. Trudno sprawdzić jakimi drogami chadzał. Umiał zmylić pogonie, choć żandarmi dosłownie deptali mu po piętach. Resztki majętności poddzierżawił, musiał bowiem dysponować gotówką w licznych podróżach, choć wielu ludzi naprawdę mu pomagało.
Bywał na Morawach, w Wielkopolsce i trafił nawet do Wrocławia, gdzie zdecydował się  zgłosić status uchodźcy . Fakt jego tam przybycia został oficjalnie zarejestrowany w miejscowej gazecie „Schlesische Zeitung”, a już tydzień później ta sama gazeta rejestruje przyjazd do stolicy Dolnego Śląska samego grafa Paskiewicza - Polakożercy - którego policja właśnie poszukuje… Dembowskiego.
Przyznać trzeba, że  pruska policja śledziła poczynania Dembowskiego a jego personalia przesłane zostają do Berlina. We wrześniu 1843 roku władze carskie rekwirują pozostałe majątki Edwarda, które ulegają konfiskacie. Również jego konta bankowe, choć jedne i drugie były wydzierżawione niejakiemu Zbyszewskiemu, dziedzicowi Kurowa koło Puław.
Mimo różnorodnych starań czynionych przez ojca i różne wpływowe osobistości, m.in. księcia Adama Konstantego Czartoryskiego, nie udaje im się przekonać Edwarda do poniechania swoich zamiarów.
Po wielu trudach, oczywiście przez „zieloną granicę” przybyła do męża Aniela. Teraz już mogli bez przeszkód udać się do Poznania, przedtem jednak Edward wydał dyspozycje do różnych punktów przygotowujących powstanie, m.in. do Krakowa.
Tymczasem ojciec Edwarda, Leon Dembowski począł mieć poważne kłopoty również ze swoim majątkiem. Ponieważ carska policja zamknęła przed nim banki, przeto zapożyczył się u żydowskich lichwiarzy i aby spłacić zobowiązania teściowej, starszej pani Kochanowskiej, przez ponad dwadzieścia lat procesował się ze skarbem państwa.
Edward wraz z żoną w początkach października 1843 roku, przybywa do Poznania, gdzie jego kontakty z miejscową inteligencją są ściśle badane przez pruską policję. Zostaje aresztowany, ale jest dość kłopotliwym więźniem, bowiem dzięki ojcu, który porusza niebo i ziemię w ratowaniu syna, w jego sprawie interweniują licznie przedstawiciele wielu arystokratycznych rodzin.. Niezależnie od tego przeżycia ostatnich miesięcy, liczne podróże i drugi poród podkopały zdrowie Anieli, która załamała się nerwowo. Lekarze zalecili jej kuracje w pobliskich Owińskach, podejrzewając nawet chorobę psychiczną.
W dniu 30 października 1844 roku Edward Dembowski zostaje zwolniony z nadzoru policyjnego i wyjeżdża do Belgii, gdzie spotyka się z przedstawicielami polskiej emigracji, zainteresowanych sprawą wolnościową.
W tym czasie Edward był już człowiekiem legendą. Największy rewolucjonista, stale wymykający się tropiącej go policji, zdobył sobie uznanie i szacunek. To podkreślone nieprzeciętnym urokiem osobistym i intelektem, szybko zdobywało mu przyjaciół.
Tymczasem Aniela spodziewała się trzeciego dziecka. Oczywiście w tej sytuacji lekarze wielkopolscy wydali świadectwo, iż nie może ona w takich warunkach podróżować, czym poniekąd zmusili władze pruskie do wydania jej zezwolenia na dłuższy pobyt w Prusach.
Aniela, wraz z otaczającymi ją przyjaciółkami; Franciszką Mielżyńską, Narcyzą Żmichowską, Bibianną Moraczewską, Emilią Szczaniecką i innymi, była bardzo inwiligowana.
Edward tymczasem stale kursował między Galicją a Wielkopolską. Na dobrą sprawę nikt nigdy nie wiedział kiedy i gdzie może się pojawić. Zmieniał nazwiska i ubrania. Znając kilka języków zawsze skutecznie potrafił się wyratować z niejednej opresji.
W lutym 1845 roku Edward Dembowski przybył do Galicji. Zastał tam jednak niezwykle trudną sytuację, bowiem wszelkie spiskowe instytucje znajdowały się w stanie kompletnego rozbicia. Jego przybycie ożywiło nieco spiskowców, którzy poczęli na nowo się organizować i tworzyć nowe komórki. Wzrosła tymczasem wartość nagrody wyznaczonej przez władze carskie za wydanie Dembowskiego. Zakonspirowany dobrze, używał kilku nazwisk; Rogowski, Kowalski, Borkowski, Łęgowski i innych. Bywał we Lwowie, Londynie i Brukseli. Aż dziw, że w owych czasach, przy kiepskim stanie komunikacji i wysokich kosztach podróżowania, praktycznie docierał wszędzie.
Wszyscy też wierzyli w jego szczęśliwą gwiazdę, nie przeczuwając katastrofy związanej z wybuchem Powstania Krakowskiego i jego klęski.
W dniu 27 lutego 1846 roku Dembowski stanął na czele procesji mieszkańców Krakowa, próbującej poderwać miejscową społeczność do walki przeciwko zaborcy austriackiemu. Niestety, ludność nieświadoma i nieprzygotowana oraz w pewnym sensie zdezorientowana, nie podjęła działań. Wówczas w okolicach Rynku Podgórskiego doszło do krwawej rozprawy z manifestantami. Od salwy austriackiej zginęło dwudziestu ośmiu uczestników powstania, wśród nich padł Edward Dembowski. Był bardzo widoczny. Ubrany w białą sukmanę dzierżył w rękach sztandar. Ofiary zajścia w dniu 1 marca 1846 roku pochowano pośpiesznie w zbiorowej mogile pod murem podgórskiego cmentarza.
Ponieważ wieść niosła, że Dembowski przeżył i zdołał zbiec, w miesiąc później władze austriackie rozkazały rozkopać mogiłę i ponownie pogrzebać poległych. Nikt wówczas nie rozpoznał wśród nich Dembowskiego, a może nie chciał…?
W roku 1848 pamięć ich została uczczoną przez ufundowanie tablicy, która niestety, została potem przez Austriaków zdjętą. Nową, do dziś zachowaną tablicę ufundowali wraz ze skromnym nagrobkiem, członkowie podgórskiego oddział Związku Legionistów, poświęcając ją w dniu 1 listopada 1936 roku.
Mimo tego wydarzenia, legenda Edwarda była wciąż żywą. Stąd też powstawały opowieści, że Dembowskiemu znowu udało się wyjść z tej opresji jak i z wielu innych, w związku z czym Aniela nadal otrzymywała krzepiące listy mówiące o tym, że śmierć Edwarda jest zapewne wątpliwą a pewniejszym jest to, że on żyje i ukrywa się w Karpatach.
Położenie jej było coraz trudniejsze. Obarczona trójką dzieci i wciąż ponaglana przez władze pruskie do opuszczenia Wielkopolski, opuściła ją wreszcie w dniu 4 maja 1846 roku, by po kilku miesiącach zatrzymać się wreszcie w Paryżu. Tam bowiem żył jej ojciec Adam i liczyła, że tam wreszcie dowie się czegoś o Edwardzie. Przywiozła ze sobą jego wszystkie listy i wszelkie pozostawione przez niego dokumenty.
Ojciec jej prowadził wówczas w Paryżu księgarnię francusko - niemiecką, ale nie mógł zapewnić dostatniego życia rodzinie zięcia, przeto Dembowska zatrzymała się u swojego brata Ludwika Chłędowskiego. Warto przytoczyć słów kilka o nim, bowiem los pozwolił mu w dość osobliwy sposób ułożyć sobie życie.
Otóż Ludwik Chłędowski, już jako emigrant ukończył na obczyźnie szkołę politechniczną. Był przy tym przystojny i miał nienaganne maniery oraz wiele niebanalnych zainteresowań. Podczas pobytu na dworze księżnej Karoliny Berry (awanturniczej synowej Karola X), poznał osieroconą hrabiankę Pfaffenhpfen. ta, choć sierota była dość posażną, ale Ludwik nie miał co liczyć na to małżeństwo z powodu swojego ubóstwa. Młodzi mieli się jednak ku sobie i Ludwik porwał pannę (za jej zgodą). Ksiądz emigrant z Polski udzielił im potajemnie ślubu.
Było to wielkie wydarzenie, ale klamka zapadła. Młoda para osiadła na wyspie Oberwort położonej na Renie niedaleko Koblencji. Wyspa ta bowiem stanowiła własność panny młodej. Państwo Chłędowscy okazali się bardzo pracowici i zaradni. Prowadzili wzorowe farmy mleczne i dorobili się trojga dzieci. Dwóch synów ożenionych potem z austriackimi arystokratkami i córki.
Podstawą utrzymania Chłędowskich poza farmami, było dzierżawienie kloak w Koblencji, których zawartość użyźniała wyspiarską glebę, podnosząc znacznie wydajność zbiorów, ale i równocześnie zmieniając w okolicy zapach.
Aniela Dembowska nie czuła się w domu brata najlepiej i wciąż marzyła o powrocie do kraju. Chciała bowiem aby dzieci Edwarda wychowywały się w Polsce i mówiły po polsku, w przeciwieństwie do dzieci brata.
W 1855 roku umarł ojciec Anieli pan Adam Chłędowski, W tej sytuacji podejmuje ona decyzje powrotu do Polski i udaje się tam razem z  owdowiałą matką. Przerażona wynarodowianiem młodzieży, umieszcza synów w szkole realnej w Poznaniu i czyni starania by powrócić do Królestwa Polskiego.
Wykorzystuje akt amnestii wydany przez cara w 1856 roku z okazji jego urodzin i wysyła do władz odpowiednie podania.
Policja pruska nakazała jej wyjazd z Wielkopolski - co zresztą uczyniła - korzystając z faktu, iż w tym czasie bawił w Berlinie car Aleksander II. Jej przyjaciele pomogli wystarać się u niego o zezwolenie na powrót Anieli do jej rodzinnych włości. Jej obrotny teść, Leon Dembowski mimo własnych kłopotów związanych z niegdysiejszą konfiskatą dóbr (prowadził wieloletnie procesy sądowe), wystarał się o zapewnienie jej stosownego odszkodowania ze strony czynników rządowych.
Aniela zaszywając się na wsi, coraz bardziej odchodziła w zapomnienie.. Obraz jaki pozostawiła, był raczej przekazem rodzinnym która chciała, aby taką właśnie pozostała dla przyszłych pokoleń, zafascynowanych parą młodych rewolucjonistów.
Dzieci Dembowskich wdały się w ojca. Czesław osadzany bywał w Cytadeli Warszawskiej a Edward (junior) zesłany był na Syberię. Czesław był absolwentem Wydziału Prawa Szkoły Głównej i zmarł w 1886 roku.
Pani Aniela mieszkała głównie w Andrzejowie, w niegdysiejszej  guberni siedleckiej u córki Julii Karpińskiej i w Zahajkach na Podlasiu u syna Edwarda, Dziwaczała coraz bardziej. Odsuwała się od ludzi i zatapiała w samotności, stale powracając do lat młodości, młodzieńczych uniesień i czasu walki. Zniszczyła część dokumentów, w tym listy Narcyzy Żmichowskiej do Edwarda. Miała do niej żal, że Edward rzekomo przez nią zginął.
Zmarła niezauważenie w domu swego syna na Podlasiu w dniu 30 listopada 1902 roku. Jej śmierć odnotowały warszawskie czasopisma informując, że jej ostatnią wolą było to, aby pochowaną została bez trumny w prostym dole, tak jak wrzucono do wspólnej mogiły jej męża i towarzyszy pamiętnej procesji na krakowskim Podgórzu.
Dodać należy, że Aniela nigdy nie mogła się pogodzić ze śmiercią Edwarda. Nawet w wiele lat po jego śmierci, nie była o tym przekonaną. W roku 1858 a więc w dwanaście lat po wydarzeniach krakowskich, śmierć Edwarda potwierdził jej naoczny świadek Adam Siedmiogrodzki, który osobiście opowiedział Dembowskiej przebieg wydarzeń i zrelacjonował zgon męża.
Ciało Anieli Dembowskiej złożono zgodnie z jej życzeniem na wiejskim cmentarzu parafialnym we wsi Wereszczyn, w gminie Urszulin, w województwie chełmskim, u stóp XVIII wiecznego, drewnianego kościółka. Przy murze okalającym ową nekropolię widnieje zapadnięta mogiła z położoną na niej piaskowcową płytą nagrobną, na której i dziś jeszcze odczytać można  słabo widoczne już litery składające się na napis:

 „Śp. z Chłędowskich Aniela Dembowska, żona kasztelanica Edwarda, wierna córka Ojczyzny.
Żyła lat 77. Zmarła dnia 30 listopada  1902 roku”.

Aniela Dembowska ma swoje miejsce i tytuł w ojczystej historii, niezależnie od jej działalności politycznej a choćby ze względu na własną, oryginalną twórczość. Była przecież entuzjastką kręgu Narcyzy Żmichowskiej…
Tak więc można by zakończyć opowieść o Wilczogórze i związanych z nią postaciach. Można by, ale są i inne postacie.
Celowo wyeksponowane tu zostały postacie Anieli i Edwarda Dembowskich oraz osób z nimi związanych. Dlatego, że ich dzieje są nierozerwalnie związane z dziejami polskich zrywów narodowych i walk o niepodległość, oraz licznymi a utytułowanymi rodzinami polskimi.
Niewątpliwie pozostaje jeszcze wiele pytań. Trzymając się konwencji opowieści można by postawić kilka pytań, na które jak dotąd nie uzyskano odpowiedzi.
Jak to się stało, że Edward Dembowski był współwłaścicielem Wilczogóry w latach 1832 - 1838, kiedy to majątek ten został mu przekazany dopiero w 1843 roku?
Czy Wilczogóra stanowiła dla Dembowskiego miejsce azylu w czasie jego konspiracyjnych podróży?
   Czy istniejący dwór pamięta jeszcze kasztelanica?
Na pytania te można od biedy odpowiedzieć. Być może współwłasność Edwarda jaką była Wilczogóra, była mu przypisywana z racji dziedziczenia jej po matce i wcale nie musiała wchodzić w jego władanie dopiero po uzyskaniu pełnoletności. Mógł też być dziedzicem części wsi.
Oczywiście wieś mogła stanowić przystań dla tego konspiratora i tak zapewne było, bowiem ludzie pamiętali Kochanowskich i Dembowskich. Kolejni zaś właściciele majątku Miniewsscy (od 1838 roku), byli ludźmi także wychowanymi patriotycznie i hołdując staropolskiej gościnności, zapewne nie odmawiali gościny i pomocy umykającemu przed carską policją kasztelanicowi, którego legenda wykraczała daleko poza granice grojecczyzny. Dembowski przecież dysponował folwarkami „pod Tarczynem”. Rzecz kolejna, jakimi?
Zagadką pozostaje pytanie ostatnie. Budowę tej części dworu przypisuje się Władysławowi Miniewskiemu, który to część tę dobudował do istniejącego już a dziś ledwie zaznaczonemu w przyziemiu dworu. Uznać jednak nie można, aby popadający dziś w ruinę dwór chronił w swych murach Czerwonego Kasztelanica.
Władysław Miniewski był sędzią pokoju powiatu czerskiego i członkiem Rady Opiekuńczej Szpitala św. Piotra w Grójcu. Jego żona była Karolina Amelia Lessel.
Jednym z jego braci (był i Bronisław, właściciel majątku ) był urodzony w dniu 30.04.1841 roku Wilczogórze Józef Karol Miniewski. Ten absolwent Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii w Petersburgu (1858-1860) i słuchacz tamtejszej Mikołajewskiej Akademii Inżynierii Wojskowej (1860), był zawodowym wojskowym. Służbę wojskową rozpoczął w 4 batalionie saperów w Perejasławiu, należąc już wówczas do koła spiskowego oficerów polskich w wojsku rosyjskim.  Po zwolnieniu z armii (1861) osiadł w województwie rawskim i  tam wziął udział w Powstaniu Styczniowym 1863 roku, uczestnicząc m.in. w dniu 25 stycznia 1863 roku w uderzeniu na Grójec i w potyczce pod Białobrzegami. Był oficerem w oddziale  Śmiechowskiego, Jeziorańskiego a następnie Mariana Langiewicz. Uczestniczył w bitwach pod Przedborzem, Lubochami, Studzianną i Radkowem.
Jako pułkownik (został nim już w wieku 22 lat!) był dowódcą Korpusu Mazowieckiego. Jemu też była podporządkowana Legia Zagraniczna pułkownika Francesco Nullo i wówczas to w kampanii pod Olkuszem (3-5.05.1863) przybrał stopień generała. Później go już nie używał. Po upadku powstania wyemigrował m.in. do Francji. Egiptu i Algerii, uczestnicząc m.in. przy pracach projektowych nad Kanałem Sueskim. Po powrocie do kraju  osiadł w Galicji pracując jako rządca w kilku majątkach ziemskich. Wiele publikował. Zmarł w dniu 11 listopada 1926 roku we Lwowie. Pochowany został na Cmentarzu Łyczakowskim.
Ojcem jego był Stanisław Miniewski żyjący w latach 1795 - 1865, znany dramatopisarz, krytyk literacki i poeta wywodzący się z miejscowości Magnajewo w Galicji, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor dziesiątków artykułów, wierszy i powiastek drukowanych w wielu ówczesnych, czołowych periodykach polskich. Od 1834 roku prowadził ziemiański tryb życia w grójeckim, mieszkając m.in. w Zalesiu, Przyłuskach i Wilczogórze (od 1837). Był również sędzią pokoju powiatu czerskiego.
Jak wynika z powyższego, są to postacie równie interesujące i warte osobnego opracowania.
W 1862 roku majątek Wilczogóra zakupił Ireneusz Radyszkiewicz syn Wincentego i Anny Bykowskiej, po którego śmierci w 1879 roku przeszedł on na własność wdowy po nim Karoliny z Miniewskich. Ona to potem w 1883 roku sprzedała Wilczogórę Władysławowi  Wołowskiemu, w posiadaniu którego znajdowała się ona aż do 1909 roku, kiedy to właścicielem majątku stał się Stefan Bolesław Otto .
W okresie międzywojennym, pod koniec lat dwudziestych XX wieku, resztówka majątku wraz z postępującym w ruinę dworem, stanowiła już własność małżeństwa Wojciecha i Marianny Durajów, po których dziedziczy ją ich syn Stanisław Duraj.
Cóż, czasy się zmieniły, dwór się rozpada i nie spełnia już funkcji jakiej miał służyć. Możliwe, że dwór ten można uratować, ale koszt jego renowacji znacznie przekracza możliwości obecnych właścicieli. To już sprawa  społeczeństwa, Polaków i jeżeli w najbliższym czasie nic się w tej sprawie nie zmieni, Wilczogóra straci ostatniego świadka minionych wydarzeń, owych lat i Czerwonego Kasztelanica, który jest także jedną z najmniej znanych postaci związaną przecież z grójecczyzną.
Niepozorna wydawałoby się z pozoru  Wilczogóra, jak też nieznane jej i właścicieli dzieje, okazują się jakże interesujące i wielotematyczne. Kto wie, może łopata archeologa odsłoniłaby  znacznie wcześniejsze dzieje tej miejscowości. To jednak trudne przedsięwzięcie…