25.04.2017
<< wstecz

 „OKOLICA” nr 6(38)2003 z 3.06.2003.Artykuł Andrzeja Zygmunta Rola - Stężyckiego

 

ŁĘCZESZYCE WIOSKA SŁAWNA

 
 
 

Na wzgórzu jaśnieje bielą łęczeszycki kościół z przylepionymi doń budynkami klasztoru. Czerwień równo ułożonych dachówek silnie kontrastuje z błyszczącą bielą ścian zabudowań. Poniżej rozciągają się bezkresne sady. Spokój zakłóciły ostre dźwięki sygnaturki, od lat o tej porze wzywającej wiernych na wieczorne modlitwy. Wystraszone ptactwo wystrzeliło w górę zdezorientowane hałasem i za chwilę senna cisza ponownie zaległa nad tą starą mieściną, której dzieje są równie interesujące jak niejednej uznanej historycznie metropolii. Któż jednak pamięta o Łęczeszycach?
 Osadnictwo na terenie dzisiejszej wioski sięga niepamiętnych czasów. W średniowieczu liczba ludności była tu tak duża, że niejaki Jan Głowacz, starosta łęczycki, pochodzący z Leżenic nad Radomką, funduje tu drewniany kościółek, zaś wuj wspomnianego - biskup poznański Dobrogost Nowodworski - eryguje w roku 1392 parafię. Fakt ten znacznie podniósł rangę osady.
 W dokumentach z roku 1603 wzmiankowany jest tu także drewniany kościół pod wezwaniem Św. Stanisława.  Wioska przechodziła różne koleje losu. Zmienia też właścicieli. W zależności od sytuacji zmieniają się także patroni miejscowego kościoła. Pierwotnie oddany w opiekę Bożemu Ciału, przeszedł pod kuratelę Wniebowstąpienia NMP, by ostatecznie podlegać św. Janowi Chrzcicielowi. Zmianę jednego z właścicieli spowodowało pewne wydarzenie, o którym niegdyś
głośno było. Łęczeszyce były własnością Abrahama ze Zbąszyna. W roku 1440 pożyczył on kwotę 1000 złotych węgierskich i 22 kóp groszy, samemu księciu mazowieckiemu Bolesławowi IV, jako poręczeniu długu samego króla Władysława III, zwanego później Warneńczykiem. Gdy król w terminie długu nie płacił w roku 1441, książę Bolesław IV kwotę tę wraz z wioską Łęczeszyce podarował rycerzowi Sławcowi z odległych około 10 km Boglewic, który tez rozliczyć sięmusiał z ww .Abrahamem.  Odtąd Łęczeszyce znajdowały się w posiadaniu rodziny Bolesławskich.
Właściciel wioski, Mikołaj Boglewski, sędzia ziemi czerskiej i jego żona Otylia z Żabickich, ufundowali tu murowany kościół, który to wzniesiono w latach 1632 - 1639 w stylu barokowym. Istnieje on do dziś. Boglewscy sprowadzili również do Łęczeszyc w roku 1639 zakon Paulinów z Jasnej Góry w Częstochowie. W roku 1654 mnisi wznieśli tu klasztor murowany w miejsce poprzedniego - drewnianego.
 W roku 1700 pożar zniszczył kościół i drewniane pozostałości klasztoru. Obiekty te zostały jednak już w roku 1725 całkowicie odbudowane, a to nie tylko dzięki bogatym mecenasom, ale i staraniom Konstantego Moszyńskiego, przeora i prowincjała jasnogórskiego, będącego także biskupem inflanckim. Wówczas to już wioska była własnością Paulinów, dzięki darowiźnie rzutkich, a bogobojnych Boglewskich.
Od czasu zbudowania klasztoru, tj. od roku 1654, do roku 1819, tj. do kasacji zakonu spowodowanej decyzją władz zaborczych, parafia łęczeszycka znajdowała pod zarządem tego konwentu. Należy wspomnieć, że wśród braci zakonnych wielu było utalentowanych artystów, wśród których był Marceli Korzeniowski. On to, w czasie odnawiania kościoła w roku 1765 namalował kilka obrazów, które umieszczone zostały w ołtarzu głównym, czterech bocznych i kaplicy. Innym zakonnikiem artystą był  Bernard Niwiński, który namalował w roku 1830 wspaniały obraz Chrystusa Ukrzyżowanego, do dziś znajdujący się w kościele filialnym pod wezwaniem Św. Trójcy, usytuowanym na
cmentarzu parafialnym w Mogielnicy.
Wiek XVIII, a szczególnie przełom XIX i XX wieku to okres, kiedy na tych terenach zaczęto wprowadzać nowoczesne sadownictwo. Zaczęło się, co prawda od królowej Bony, sławnej Włoszki, propagującej uprawę warzyw, zwanych odtąd "włoszczyzną". Po śmierci swojego męża, króla Zygmunta I Starego, osiadła na czas jakiś w Czersku, który otrzymała jako wdowią oprawę i stąd też zapotrzebowanie i  zainteresowanie właścicieli wiosek do uprawy egzotycznych
wówczas roślin.
 Zarówno Boglewscy jak i Paulini byli bardzo rozsądnymi właścicielami i gospodarzami. Przyznawali poddanym włościanom znaczne ulgi, między innymi od podatków. Przybywających osadników zachęcali do specjalizowania się - jakbyśmy to dziś nazwali - w uprawach sadowniczych, zawieszając im płatności podatkowe na wiele nawet lat. Wspomnieniem po tych wydarzeniach są nazwy wsi
okolicznych Woli i Wólki Łęczeszyckiej. Tam bowiem osadzano chętnych do uprawy roli, zwalniając ich od płacenia podatków z woli właśnie, właściciela  Z Łęczeszycami związane jest sławne niegdyś wydarzenie, o którym poniżej:  Wydarzenie to było tak wówczas głośne, że sam królewski kronikarz Jan Długosz napisał: "Tymczasem zdarzył się straszny i okropny wypadek, którego wielkość i rzadkość skłoniły mnie do jego opisania. Nie sądzę, żeby od czasów przyjęcia przez Polaków świętej wiary zdarzył się równy lub podobny. I choć byłoby miło raczej przemilczeć ten występek, to jednak ze względu na sprawiedliwość i na okropność najstraszliwszej zbrodni opiszę to w Rocznikach".
 A rzecz miała się następująco: Dorota Boglewska, córka wojewody warszawskiego Jana Rogali z Suchocin, a żona znakomitego rycerza Jakuba Boglewskiego miała - jak powiadali skryte miłostki z archidiakonem gnieźnieńskim i dziekanem łęczyckim, Janem Pieniążkiem, synem starosty krakowskiego, podkomorzego również, Mikołaja Pieniążka z Witowic. Mąż Doroty - ponoć urodziwej wielce - rycerz Jakub Boglewski herbu Koźlerogi, nie zważał na złośliwe plotki o tym, że ona to, do mężowych herbowych rogów, dodaje mu jeszcze inne, symboliczne. Ostrzegali go także jego przyjaciele, którzy skądinąd pewni byli wiarołomności Doroty, że niektórzy knują nawet zamach na jego życie. Szlachcic ten i takim pogłoskom wiary nie dawał. "Co ma wisieć nie utonie" - powiada stare porzekadło. Stało się bowiem! W dniu 6 stycznia 1466 r. na odpoczywającego po trudach dnia i śpiącego Jakuba Boglewskiego, napadło trzech ludzi z jego służby, działając z namowy wspomnianego Jana Pieniążka i Doroty Boglewskiej. Napastnicy, a byli to: notariusz Jakub Jaczechowski syn Adama, herbu Belina, rycerza polskiego wraz z dwoma podopiecznymi, Plichtą i Komaskim. Wtargnęli oni do sypialni Boglewskich i tam w obecności wspomnianej Doroty, zamordowali Jakuba, masakrując go włóczniami, mieczami i siekierami. Ciało jego pocięto na wiele części i tak zniekształcono, że już  nikt nieszczęsnego rozpoznać nie zdołał.
 Nazajutrz, po wypadku, wczesnym świtem, zajechał do Łęczeszyc rodzony brat zabitego, wojewoda warszawski Mikołaj Boglewski wraz z wieloma rycerzami - sąsiadami, którzy to zbiegli się dobrowolnie, aby ująć sprawców zbrodni. Na miejscu ujęto jedynie ową Dorotę Boglewską, żonę zamordowanego i jej służącą, która była dokładnie poinformowana o jej zamiarach. Wezwana przed
oblicze wojewody zeznała, że pierwszy odciął głowę jej pana ów notariusz, Jakub Jaczechowski. Tego i jego dwóch pomocników: Plichtę i Komaskiego ujęto również. Sam archidiakon Jan Pieniążek zdołał tej samej nocy ujść prawie 20 mil pod Łęczycę, aby łatwiej było można zaprzeczyć tej zbrodni. Wojewoda urządził rozprawę sądową przeciwko zbrodniarzom. Na Jana Pieniążka można było wydać wyrok skazujący, jako że odnaleziono jego własnoręczny list pisany do Doroty, w którym były konkretne projekty zbrodni, niemniej pozostawał on na razie nieuchwytny. Dorocie Boglewskiej i jej służącej "upiekło się" tym razem, jako że wojewoda Mikołaj, ujęty prośbami franciszkanów - obserwantów z klasztoru w Warszawie, aby przynajmniej kobietom zapewnić nietykalność, odstąpił od pierwotnego swego zamiaru, tj. od zakopania ich żywcem w ziemi. Natomiast bezpośredniego sprawcę zbrodni, Jakuba Jaczechowskiego, przykuto do ziemi i żywcem wnętrzności wyrwano. Następnie nieszczęśnika poćwiartowano, aby nikt więcej nie dał się uwieść namowom wszetecznych kobiet.
 20 stycznia 1466 r. rozpoczął obrady synod w Łęczycy pod przewodnictwem arcybiskupa gnieźnieńskiego Jana Gruszczyńskiego. Byli tam obecni również osobiście: biskup włocławski Jakub i poznański Andrzej. Biskupa krakowskiego reprezentowali zastępcy, a mianowicie: Jan Długosz starszy, doktor praw Jakub z Szadka i Stanisław z Kobylina ze swymi kapitułami. Tam przez trzy dni radzono jak pomóc królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi i Rzeczypospolitej.  Pod wpływem usilnych próśb posłów, tj. wojewody sieradzkiego Sędziwoja z Leżenic i starosty łęczyckiego Mikołaja Lasockiego, przeprowadzono rozmowy w sprawie owego zabójstwa. Uchwalono jednomyślnie, a to między innymi na prośbę wojewody warszawskiego Mikołaja Boglewskiego i wszystkich braci jego domu, że archidiakona Jana Pieniążka, odpowiedzialnego za opisaną zbrodnię, po wznowieniu właściwego postępowania sądowego, pozbawi się godności kapłańskich i beneficjów. Tych, które ma i tych, które miał otrzymać. Po to by po wieczne czasu pokutował w więzieniu w celu przebłagania Boga, który by w przeciwnym wypadku gniew swój skierował na kościelnych dostojników. Po to również, by odsunąć zgorszenie, jakie powstało wśród rycerstwa i ludu.
 Chociaż sam arcybiskup Jan Gruszczyński wyraził zgodę na takie postanowienie i obiecał zajęcie się tą sprawą, to przecie ociągał się z jego wykonaniem, jako że nie chciał zapewne, aby jego rządom w diecezji przypisywano podobne występki i pozostawiał ten niecny czyn na razie bezkarnym.
 Wojewoda warszawski, Mikołaj Boglewski, widząc taki obrót sprawy, wniósł po pewnym czasie ponownie akt oskarżenie przeciwko zabójcom brata. Uczynił to w obecności ojca oskarżonego, podkomorzego krakowskiego, Mikołaja Pieniążka, który nie wniósł w tej sprawie żadnego sprzeciwu. Zbrodnia była zbyt ewidentna. Sąd postanowił, aby archidiakona Jana Pieniążka ująć i postawić przed obliczem arcybiskupa Jana, potem zamknąć w więzieniu. W stosunku do Doroty Boglewskiej i jej służącej postanowiono, że mają być ujęte i ukarane odpowiednio do wielkości zbrodni. Nakazano więc schwytać wiarołomne. Zanim jednak doszło do wykonania tego postanowienia, owa Dorota, oddawczy się w opiekę Czechowi - niejakiemu Mężykowi - uciekła do Prus, kryjąc się w nieprzyjacielskim zamku w Działdowie. Archidiakon Pieniążek skrył się natomiast u swoich krewnych i w ten sposób na razie uniknęli kary.
 Dzięki licznym, a skutecznym interwencjom, w sprawę wdała się stolica apostolska i pozbawiła Jana Pieniążka godności duchownych. Co niektórzy byli przekonani, że kara spotyka go nie tylko za ową zbrodnię, ale i za występki ojca, podkomorzego krakowskiego, który sprawując władzę zadawał gwałt, hańbił i grabił duchowieństwo i to zarówno jeżeli chodzi o ich osoby, jak i o majątek. Korzystając bowiem z rozbicia w łonie kościoła, w imieniu króla konfiskował dobra wszelakie, nie zapominając podczas tych operacji i o swoich własnych potrzebach.
 Posunięcia te, dotknęły osobiście i owego podkomorzego krakowskiego Mikołaja Pieniążka, bowiem został on ze starostwa usunięty. Ten fragment wypowiedzi Jana Długosza jest szczególnie wyeksponowany, jako że i jego samego dotknęła nie znając litości ręka podkomorzego. Zabranie mu urzędu było szczególnie korzystne dla kronikarza i prawdę mówiąc, wielce się z tego cieszył.
 Pozbawiony kościelnych dostojeństw były kapłan - Jan Pieniążek - stał się wkrótce przywódcą tzw. "złotej młodzieży", która to potraciwszy majątki swoich rodziców, w poszukiwaniu łatwego zarobku na pokrycie swoich wyszukanych wydatków, trudniła się rozbojem w krakowskim i sandomierskim
województwie. Dawali się oni we znaki nie tylko ziemianom i kupcom, ale nawet rycerzom. Czynili to dość bezkarnie, bo właśnie pod nieobecność nowego starosty krakowskiego Jakuba z Dębna, który to przebywał wówczas w Czechach.
 Pozbawiony przez syna (sobie też był nieco winien) godności i części majątku Mikołaj Pieniążek, spróbował naprawić swoje winy, a to choćby dlatego, aby jeszcze więcej nie stracić i zwabił podstępnie do swojego domu syna zbrodniarza. Tam uwięził go i przekazał biskupowi krakowskiemu Janowi. W oczach współczesnych został dobrym i litościwym ojcem, któremu na sercu było zbawienie syna przez odbycie przez niego kary i usunięcie piętna hańby ze swego rodu.
 Jan Pieniążek wtrącony został do lochu w wieży biskupiego zamku w Iłży, gdzie w ciężkich warunkach przebywał trzy lata i sześć miesięcy. Ujęcie zbrodniarza i powrót do Krakowa starosty krakowskiego Jakuba z Dębna, bardzo wystraszyło owych rzezimieszków, bowiem sam starosta oznajmił, że każdego złodzieja ze szlacheckiego rodu, powiesi.
 Wszystko to działo się właśnie Roku Pańskiego 1466.
 Próżno dziś szukać gdzie stał dwór owej pięknej i pełnej temperamentu Doroty, choć zgodnie z tradycją mogłoby to być miejsce nieopodal boglewickiego kościoła, ale kto wie...
 Temperamentem odznaczyli się wszyscy bez wyjątku Boglewscy, czynni byli społecznie, a i majątek mieli niemały. Wspomniany rycerz Sławiec Boglewski wykupił biedną szlachtę z niedalekich Ryszek i osadził ją w Boglewicach. Nazwiska dzisiejszych mieszkańców tej wioski wiele mogłyby powiedzieć. Warto więc może poszperać w pamięci i ludowych przekazach. Boglewscy zajmowali wiele różnorodnych funkcji liczących się w grójecczyźnie i tak: wojewodą był w latach 1462 - 1465 Jan z Boglewic. Kasztelanami byli: wspomniany Sławiec w latach 1407 - 1431 i Jan z Boglewic, wspomniany wyżej, w latach 1452 - 1461. Dzierżysław Boglewski w latach 1483 - 1489. Chorążymi ziemi czerskiej byli: Jan z Boglewic 1425 - 1452, Jakub z Boglewic 1452, Dzierżysław z Boglewic 1471 i Stanisław Boglewski 1485. Podczaszym, a następnie cześnikim był w latach 1477 - 1480 wspomniany już Dzierżysław z Boglewic. W przedstawionym wyżej wywodzie widać kolejne awanse i zmiany godności. Informacje te oczywiście nie wyczerpują tematu, uwidaczniają jedynie prężność Boglewskich w okresie kilkudziesięciu zaledwie lat XV stulecia.
 Choć owej temperamentnej Doroty od wieków nie ma wśród żywych, to pamięć o jej przygodzie nie zaginęła. Kto wie, czy nie dlatego w niespełna 400 lat później, nasz największy poeta Adam Mickiewicz, na kanwie tego wydarzenia napisał znaną romantyczną balladę zatytułowaną "Lilie", a zaczynającą się od słów: "Zbrodnia to  niesłychana, pani zabija pana...". Zapewne wiele podobnych wydarzeń i nie tylko w Polsce, mogło posłużyć naszemu wieszczowi za temat jego utworu, niemniej jednak, wydaję się że to właśnie wydarzenie miało odpowiedni ciężar.
 Echa tamtych wydarzeń dotrwały do naszych czasów nie tylko w romantycznej balladzie, czy ludzkiej pamięci. Jeszcze w latach siedemdziesiątych naszego stulecia, turyści jednego z warszawskich oddziałów Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego z Warszawy, zorganizowali  w podgrójeckich Łęczeszycach zakończenie pierwszego rajdu, który przebiegał pod hasłem:
"Pani zabiła pana..."
 Nie pierwszy to zapewne i nie ostatni przypadek, ale on to sprawił, że
Łęczeszyce to...wioska sławna.