18.11.2017
<< wstecz
         
Andrzej Zygmunt Rola - Stężycki

          W dniu 3 listopada 1771 roku - na rozkaz Kazimierza Pułaskiego (taki zarzut postawiono) - konfederaci barscy dokonali w Warszawie porwania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
         Zamach się nie powiódł, króla uratowano, porywaczy schwytano, uwięziono i skazano na ścięcie i poćwiartowanie. Wyrok został wykonany w dniu 10 września 1773 roku.
         Sprawa odbiła się szerokim echem całej Europie, która bez względu na niechęć do Polski, niezbyt wielką sympatię do króla, jednomyślnie opowiedziała się za karą i potępiła zamach na Majestat i Pomazańca Bożego.
         Inicjator zamachu, nieobecny w Warszawie, a potem i w Polsce – Kazimierz Pułaski – uszedł kary. Rola jego w zamachu jest ewidentna, a próby ratowania skory, dość pokrętne.
         Jego późniejsze – choć krótkie – działania za oceanem, przyćmiły sprawę, która przez lata głośniejszą była, a której późniejszy generał armii Stanów Zjednoczonych, był niesławnym bohaterem.
         Dziś pamięta się o tych drugich jego działaniach – też zresztą dyskusyjnych - ale usprawiedliwianych walką o wolność. Niezależnie jednak od nich, prezentując człowieka, należy przedstawić całą jego postać i działalność.
Nie chodzi w tym przypadku o próbę uszczknięcia glorii otaczającej Pułaskiego. Uważam jednak, że sprawa o której poniżej, blasku jej nie dodaje. Nie moją rzeczą jest wydanie tu orzeczenia. To pozostawiam osądowi Czytelników. Od nich bowiem zależy opinia. Podkreślam jednak, że większość opinii nie ma nic wspólnego z prawdą. Ta zawsze stoi za ...sympatią.
Pułaski przez lata postrzegany jako bohater dwóch kontynentów, dwóch narodów, zdaje się być nieskazitelnym i czystym. I takim pozostanie w pamięci większości rodaków. Czy jednak owe późniejsze dokonania wyrównały jego wcześniejsze rachunki z sumieniem, prawem i Ojczyzną?
Ponad dwadzieścia lat media dotykają sprawy pułkownika Kuklińskiego i do dziś nie wydano – mimo kilku wyroków i ich kasacji – jednoznacznego osądu.
Sprawa o której poniżej, ciągnie się od prawie 250 lat i konia z rzędem temu, kto odważy się wydać w tej sprawie osąd. Nie wydam go i ja. Nie dlatego, że nie znam jego treści. Jako badacz dziejów rodzimych, mam wyrok gotowy. Nie leży to jednak w mojej naturze, dlatego nie jestem prawnikiem. Patrzę po prostu na spiżowy pomnik Pułaskiego i próbuję dostrzec w nim owe ludzkie cechy. Co powoduje, że jedni mimo iż ścinają zakręty historii, stają się idolami? Czemu zaś inni ciężko pracując i mimo oczywistych i prawych osiągnięć, są przez nią pomijani?
Czyżby i Klio, jak Temida opaskę na oczy wkładała?
Zamachu dokonano przed bramą wjazdową pałacu księcia Michała Czartoryskiego przy ulicy Miodowej w Warszawie. Zamachowcy wybiegli z ulicy Kapitulnej, gęsto strzelając. Hajduka - Jerzego Butzowa - zabili, drugiego – Szymona Mikulskiego – ciężko ranili szablą i rozpędzając uciekających dworzan, cięli króla pałaszem, po czym na koń wsadzili, uprowadzając.
Porywaczami dowodził kozak – Jan Kuźma. Oddział z porwanym królem minął wały miejskie w okolicy dzisiejszego Dworca Gdańskiego i...zabłądził w żoliborskich lasach. Zdeterminowani sprawą i wystraszeni czynem żołnierze, chcieli króla zabić. Kuźma powstrzymał ich jednak, rozkazując szukać drogi. Pozostał sam z monarchą. Ten, nie tracąc przytomności umysłu, poprosił go o uwolnienie, obiecując darowanie czynu.
         Kuźma – wychowany w posłuszeństwie – do pomazańca, padł do nóg królowi wyznając, że porwany został przez konfederatów barskich, a Pułaski – bo o nim tu mowa – wydał krotki rozkaz: „dostarczyć króla żywego lub martwego do Częstochowy”. Tam organizatorzy porwania mieli ogłosić, że król stanął na ich czele.
         Wyznał też, że współ dowodził z nim Walenty Łukawski, a zamach przygotował rotmistrz Stanisław Strawiński, któremu - na polecenie Kazimierza Pułaskiego - oddał swoich żołnierzy rotmistrz zakroczymski – Walenty Zembrzuski.
         W tej sytuacji Kuźma – nie czekając na towarzyszy – udał się z królem w stronę Burakowa, położonego miedzy Powązkami, dzisiejszych Marymontem, gdzie zatrzymali się w pobliskim „młynie wiatrowym”. Pozwoliło to królowi na odpoczynek i napisanie listu do dowódcy Gwardii Królewskiej: „Cudem uszedłem z rąk morderców, pospiesz pan z 40 ludźmi do Marymontu. Jestem ranion, ale nie niebezpiecznie”.
         List dostarczył na Zamek parobek. Król w tym czasie zajął łóżko młynarzowej.
         Gwardziści przybyli do pod wiatrak z powozem o godzinie 5.oo. Powracającego – jakby z zaświatów – Poniatowskiego witały tłumy, bowiem wieść o jego porwaniu – niecodzienne to przecież wydarzenie - znana już była w całej Warszawie.
         Natychmiast w katedrze Św. Jana odbyło się uroczyste nabożeństwo dziękczynne za ocalenie króla. Wieść rozniosła się w całej Europie i już w kilka dni potem papież Klemens XIV ogłosił specjalną bullę i wysyłając list do Stanisława Augusta, dziękował Bogu za jego ocalenie.
         Król Prus – Fryderyk II – wzywał do „wzięcia zemsty” – jak napisał - na konfederatach.
         Kuźma – przesłuchiwany – wydał uczestników zamachu. W rządowym „Monitorze” opublikowano obszerny artykuł o konfederatach, którzy porywając się na Królewski Majestat, ogłosili w Polsce bezkrólewie, nazywając Stanisława Augusta Poniatowskiego „intruzem i uzurpatorem tronu królewskiego”.
         Osaczony Pułaski zachował się nie honorowo. Z dala – będąc w ukryciu – ogłosił manifest w którym za całość przedsięwzięcia oskarżył rotmistrza Strawińskiego. Ten - podobnym manifestem – zdementował oświadczenie Pułaskiego twierdząc, że to właśnie on wydał rozkaz porwania i przytoczył na dowód dwa listy Pułaskiego, w których ten rozkazuje wydzielenie z oddziału Strawińskiego żołnierzy z przeznaczeniem ich do grupy porywaczy.
         Sprawa Pułaskiego była przegrana, a on sam stracił wiele także w oczach kolegów i w ich opinii nie tyle o sam akt porwania, ile o próbę ratowania życia kosztem kolegi, szlachcica i oficera. On sam przed wyrokiem był skazańcem i banitą ściganym przez prawo.
         Śledztwo w sprawie trwało dwa lata. Proces rozpoczął się w dniu 7 czerwca 1773 roku na zamku Królewskim w Warszawie. Ogółem aktem oskarżenia objęto 36 osób, z których tylko 7 odpowiadało przed Sadem Sejmowym. Zespołowi sędziowskiemu przewodniczył marszałek wielki koronny – Stanisław Lubomirski, a na galerie straże wpuszczały tylko „uczciwe i dystyngowane osoby, tudzież prałatów i kanoników”.
         Rozprawę otworzyło przemówienie prokuratora. Ten stwierdził, że „Osoba królewska przez swój charakter najwyższej godności jest osobą świętą”. Zażądał kary śmierci i infamii dla oskarżonych (pozbawienie wszelkich praw).
         Podkreślił przy tym, że w Polsce zdarzył się dotychczas tylko jeden taki przypadek w roku 1620, kiedy to Marcin Piekarski ranił w głowę króla Zygmunta III Wazę.
         Na rozprawę dostarczono jeszcze jeden list Pułaskiego. Prosił o obrońcę z urzędu: „aby przez niego zadawał pytania oskarżonym”. Mimo - wielkiego jak widać – tupetu, owej przysłowiowej odwagi nie miał. Sam stawić się nie chciał. Pisał w nim, że: „żadnemu ze złoczyńców anim nie zalecał, anim nie rozkazywał”. Zapewniał, że ze Strawińskim omawiał tylko sprawy wojskowe – „nigdy królobójstwo”. Słowem nie odniósł się do prezentowanych przez Strawińskiego, własnoręcznie pisanych rozkazów.....
         Oskarżonymi w procesie m.in. byli:
 
1.     Walenty Łukawski. Jego adwokaci prosili o miłosierdzie dla swojego klienta. Jego żona uznała za żart, kiedy powiedział jej, że „jedzie po króla”.
2.     Jan Kuźma,
3.     Zembrzuski
4.     Antoni Cybulski z Cybulic koło Sochaczewa. Ten w przeddzień porwania pomógł spiskowcom dostać się do miasta. Kiedy zorientował się, że chodzi o napad na króla, uciekł z kwatery.
5.     Peszyński,
6.     Frankenberger.
Obrońcy trzech ostatnich twierdzili, że oskarżeni nie brali bezpośredniego udziału w zamachu.
Kuźmę sądzono pierwszego. Zarzucono mu: zabicie hajduka, strzelanie do karety, grożenie bronią królowi, zabranie monarsze orderu, pugilaresu i worka z pieniędzmi. To, że król ocalał, było zdaniem oskarżycieli „dziełem boskim”, a nie efektem pomocy „kryminalisty”.
W dniu 2 sierpni 1773 roku w roki świadka wystąpił sam król. Bronił Kuźmy, Łukowskiego i Cybulskiego. O Kuźmie powiedział: „Winienem mu życie!”. W stosunku do dwóch pozostałych rzekł: „Śmierć tych aresztantów umysłów nie uleczy (...) Ja was proszę, zaklinam, niech się krew nie leje”.
 Wyrok ogłosił marszałek w dniu 28 sierpnia 1773 roku. Prawie wszystkich uczestników i organizatorów porwania skazano na wieczną infamię i śmierć. Większość zaocznie, w tym - Kazimierza Pułaskiego.
„Bezecnych Kazimierza Pułaskiego, Stanisława Strawińskiego, Walentego Łukowskiego” uznano winnymi „zbrodni obrażenia królewskiego majestatu”. Pozbawieni zostali „na wieki honorów, czci, wszelkich przywilejów przysługujących stanowi rycerskiemu i zaszczytów, ciała ich, jako narzędzia okrutnej zbrodni, okrutnym karom poddawane być muszą”.
Pułaskiego, Strawińskiego i Łukowskiego skazano na ścięcie, poćwiartowanie, spalenie i rozrzucenie prochów na wiatr. Ich ręce miały być powieszone na palach ustawionych przy drogach publicznych.
Cybulski został skazany „tylko” na ścięcie i infamie. Żony i dzieci skazanych pozbawiono nazwisk, szlachectwa i majątków.
Jan Kuźma – określony „potworem natury” został skazany na wieczne wygnanie z Królestwa Polskiego, jako „niegodny życia na tej ziemi i oddychania polskim powietrzem”.
Peszyńskiego i Frankenbergera skazano na dożywotnie więzienie – „sześć sążni pod ziemią, w ciemności i bez powietrza”.
Łukowską uznano za niewinną, ale skazano na 3 lata „domu poprawy” i zabroniono używać nazwiska męża.
Zembrzuski – otrzymał rok „wieży”.
Majątki ww. przejął Skarb Królewski, zaś świadkowie w sprawie (delatorzy), mieli otrzymać ich część.
 Datę wykonania wyroku ustalono na 10 września 1773 roku.
„Theatrum” usytuowano na Stawkach, gdzie przy ulicy Inflanckiej ustawiono katowskie rusztowanie. Plac otoczyło 580 żołnierzy. Widzów obliczono na ponad 20 000.
  Więźniów przywieziono trzema wozami z więzienia na ulicy Mostowej. W pierwszym siedział w „śmiertelnej koszuli” – Łukawski. W drugim wieziono w trumnie Cybulskiego. Trzeci zaś wiózł: Kuźmę, Peszyńskiego, Frankenbergera i Łukawską.
  Łukawski już przed katem prosił Boga i Ojczyznę o wybaczenie. Sam ułożył głowę pod topór, którą kat ściął jednym ciosem. Po czym odciął następnie ręce i odłożył je na bok (w dniu następnym wisiały na palach przy trakcie zakroczymskim). Potem poćwiartował ciało, ułożył wraz z głową na stosie i podpalił. Żona Łukawskiego zmarła na zwał serca..
  Po ścięciu Cybulskiego, ciało jego włożono do trumny - w której go przywieziono - aby pochować go na cmentarzu.
  Oczywiście pozostali skazańcy przyglądali się egzekucji, po której „Mistrz warszawski przemówił do zgromadzonej publiczności, upominając rodziców, aby swe dzieci dobrze wychowywali i chronili przed podobnym, smutnym końcem”.
  Kazimierz Pułaski opuszczając Polskę uniknął w konsekwencji kary i wyroku. Pozostał jednak infamisem i banitą, bowiem wyroku władze I Rzeczypospolitej nigdy nie skasowały.
  Wielu próbowało wyjaśnić sprawę porwania króla i udziału w niej Kazimierza Pułaskiego. Istnieje w niej wiele nieścisłości, jak i mnóstwo przesłanek wskazujących na ukartowanie tego porwania przez środowisko króla, próbującego ratować nadszarpniętą reputację polityczną. Jest w tym wiele racji, ale…nikt nie zajął zdecydowanego stanowiska w sprawie i nie zweryfikował problemu. Sprawa zaś do dziś funkcjonuje według treści dokumentów dochodzenia sprzed ponad dwustu lat i jest nie lada sensacją w odniesieniu do traktowanej honorowo postaci Pułaskiego.